Po raz pierwszy opisano ją na początku XX wieku. Była rodzajem melancholii, tęsknoty, dotykającej urzędników i oficerów brytyjskich wracających z kolonii do Europy. Chcąc ją ukoić sprowadzili "curry", otaczali się kolonialnymi gadżetami, a domy jeśli budowali, to z "koronkowymi" orientalnymi akcentami. Byli nieznośnie niezależni bo europejski porządek traktowali według własnego porządku: słońca i wolności, za którą przecież ciężko zapłacili...
środa, 30 lipca 2014
Skurczony świat
Całkiem niedawno Warszawie, przywrócona powtórnie, odkrywam jej cudowne zalety. Choćby tę że wieczorem z przyjaciółmi na piwo wyskoczyć można. Kiedyś to było „spotkanie” i obowiązkowo samochodem, więc bez wspomagania procentowego. A teraz, że zacytuję debatę w sprawie wyboru miejsca: „o można tam na rowerze?” „OK….”, „No nie lepiej na nogach”. Na nogach, to naonczas, kiedy na basen się w te strony chodziło, było blisko. Przez plac, mała uliczka, potem ulica co tam ulica – przejście dla pieszych rozbudowane i już tylko parę kroków. Spacerek ten dzisiejszy miał być sposobem na spalenie piwnych kalorii. I był… Na rowerze to bowiem zaiste blisko, na nogach takie małe „wiosłowanie z zadyszką”. Dystans czasu (przeżytego) do odległości (przebytej) miłym nie jest.
Na podróże, w rozmowie zeszło automatycznie. Gdzie jesienią (to już za chwilę) ciepło i tanio. Tam gdzie czartery i kurorty, więc Kenia (moja ukochana), Meksyk, Dominikana, Sri Lanka… Kenia hmm... niebezpieczna (bo wiemy, że całkiem niedawno terroryści wysadzili w powietrze centrum handlowe). Sri Lanka?
Sri Lanka lat temu kilka – jechaliśmy na rafting w góry. Jakoś tak mi się nie wzięło komórki – została w sejfie, chyba lepiej niźliby się utopiła? Było cudnie i emocjonująco i tak dzień cały, bo lunch i spacerek po górach. Całkiem o przyzwoitej porze wróciliśmy, odpaliłam komórkę. Multum wiadomości, te głosowe trącące histerią – „Odezwij się” „Żyjecie?” „Jak tam jest?” – (to ostatnie zaprzyjaźniona redakcja). - Ale o co chodzi? – pomyślałam, wybierając kieckę na kolację). Za oknem cisza. Kelnerzy hotelowi właśnie zapalali świeczki na stołach w restauracji, żeby zrobić nastrój. Moja dziennikarska dusza podpowiedziała by włączyć telewizor. Na „pierwszym” telewizja lankijska. Zakrwawiona twarz, wygięte w agonii żelastwo. Nic nie rozumiem… Przełączam na BBC. Obrazki te same. Zamach terrorystyczny, trzy autobusy, setki rannych i zabitych. Dzwonię najpierw do biura. Nienawidzę siebie za ten „profesjonalizm”, albo strach, bo do Rodziców po prostu boję się zadzwonić. Potrzebuję „szczepionki”. W słuchawce histeryczne „Nareszcie, co się stało? Są ranni, zabici?” „Tak włącz BBC” mam ochotę odpowiedzieć. – Nic takiego, zostawiłam w sejfie komórkę, wszyscy zdrowi, od Was wiem o zamachu – myślę jak to powiem Ojcu, albo Mamie. Kto odbierze. – Jak to, włącz telewizję… - Mam włączoną. To było prawie dwieście kilometrów od nas!!!!! Byliśmy na raftingu. To jak z Warszawy do Olsztyna – tłumaczę. – Jak to, nic się nie stało? (wolę nie myśleć jak mogła by brzmieć odpowiedź) – Nie, tak możesz odpowiadać… Schodzę na dół, bo kolacja. –Zadzwońcie do domów, Wasi Bliscy to też oglądali. W Colombo był zamach bombowy, trzy zamachy. Jest dużo ofiar. Powiedzcie, że nic Wam się nie stało – swój głos słyszę jak z radia. Odpowiadam na pytania, żartuję. Wychodzę na papierosa. – Cześć Mamo – mówię kiedy tylko słyszę „halo”. Cisza jest krótka. – Co tam u Ciebie? – Dobrze. Oglądałaś TV? – Tak. - Był zamach na Sri Lance – Odpowiada mi cisza i może tylko mi się wydaje, że słyszę w niej łzy, napięcie… - Tak był dwieście kilometrów od nas. Nic nie wiedziałam, Widziałam to tylko w TV. Nic nie wiem, jesteśmy bezpieczni, nie było nas w Colombo. To daleko…. Rozmawiamy o codzienności. Jak minął dzień, mi i Rodzicom. Nie dzwonię każdego dnia. Rozmawiamy tak krótko, bo to drogo… Tęsknimy, ufamy, przecież nie kłamię, że nic nie wiedziałam. Mama to wie i wie ile to jest 200 km (wierzę, mam nadzieję!)
Kilka lat wcześniej. Safari w Kenii. Gerenuki, Samburu. Staruszek, którego wieźliśmy do lekarza… Upojeni Afryką, pełni wrażeń wracamy do Nairobi. Miasto, ruch na ulicach. „Koguty” wyją niemiłosiernie. „Śmigają” karetki. – Coś się stało – pytam retorycznie. – Nie wiem – James grzebie przy radiu, mówi w suahili – Nic nie rozumiem, nie wiem – „uświadamia mnie” po angielsku. Lotnisko. Mombasa, wilgotne gorące powietrze. 60 km lamp naftowych i ciemnych zarysów palm na nieco jaśniejszym niebie. – Witaj w domu – Joseph podaje mi rękę, uśmiecha się. Tak jestem w domu. – Chris co się stało w Nairobi? – już nagadaliśmy się o tym co było jak mnie nie było. – Nic takiego chyba wybuchł gaz. Dziś lecę do Nairobi, nie nic nadzwyczajnego…
Rano telefon. Jedziemy na safari – super. Pod drzwiami „Daily Nation” w celofanowej torebce. Nie patrzę na czołówki, choć zwykle gazetę przeglądam. Wrzucam do kosza. Jest ranek, trzeba się jeszcze spakować. Moja Afryka, prom w Mombasie, spieszący się ludzie, matatu, samochody i „Baobab” czyli cementownia. Koleiny, objazdy. Tsavo, urzekające, suche tym razem. Przez pozbawione liści gałęzie widzę zwierzaki. Jestem szczęśliwa. Janeta siedzi na gzymsie w restauracji. Dostaję marchewkę z groszkiem. – Wiem nie jesz mięsa – śmieje się Jo. Nachyla mi się do ucha – Głupia jesteś- tak czuję się jak w domu. Patrzę w błyszczące w świetle latarki oczy impali. Pachnie dym z ogniska. Rankiem kiedy szarość wydobywa kształty wyganiam z tarasu przed namiotem pawiany. Buyo przynosi kawę. Mijają dni. Na safari czas biegnie inaczej…. I ściskam rękę Trevora. Kati nie ma bo to poranek, ma inne zajęcia. Droga przez busz. Pożegnanie z żyrafą. Zeberki kiwają ogonami. Korek do promu. Wystawna kolacja. Z Chrisem gadamy o tym co ważne, trudne i bolesne w Afryce, o europejskich tęsknotach. Jemy homara i tiramisu. Popijamy znakomitym winem. Świt jest szary i bezlitosny. Na szczęście spakowaliśmy się wieczorem. Palmy jak zwykle swoje pióropusze puszą grafitem na jaśniejącym powoli niebie. Zawsze tak trudno powiedzieć kwaheri. Kwaheri James, kwaheri Africa. Szare lotnisko ze swoimi profesjonalnymi uśmiechami, procedurami. To trzeba przeżyć. Z nudów w hali odlotów biorę do ręki „Daily Nation”. Tylko zdjęcia i krótkie notki. Czołówka to ledwie kilka słów. Zginęli w zamachu na ambasadę amerykańską. Automatycznie rejestruję, zwykłe zdjęcia, zwykłych, szarych ludzi. Nie dyplomatów, nie polityków, ludzi… Patrzyły na mnie ciemne oczy, włosy wiły się w oskarżycielskich tyradach. Pierwsze biogramy tylko musnęłam wzrokiem, kolejne czytałam, mijały minuty…. Kenia jest tak daleko od Polski i taka egzotyczna… Nie, nie było newsów w Polsce. Ambasada amerykańska… Nie, muszę zadzwonić. W Europie będę za 9 godzin, w Polsce za 14… Natychmiast. To był 1998 rok. W Kenii nie działały komórki. Jakieś drobne. Jakiś automat. – Halo, Tata? Tak to ja. Wszystko w porządku, zaraz lecimy… Przepraszam u Was jest nad ranem, tak chciałam Cię usłyszeć. Jak Mama? Nie rozmawiamy. Wyrzucamy z siebie komunikaty. - Szukaliśmy Cię przez MSZ, nikt nic nie wiedział… Pogadamy jak wrócisz. Tak wszystko dobrze, dobrze, że jesteś… Płaczę. Nie chciałam, nie wiedziałam… W samolocie do Nairobi czytam wszystkie biogramy. Lekarka, nauczycielka, pielęgniarka, bezrobotny. Kilkadziesiąt minut, kilka kilometrów…. Nic nie wiedziałam. Nie było mnie tam. Boże jak współczuję ich rodzinom i jak… martwię się o moich
To było bliżej niż z domu na Pola Mokotowskie. Nie zdążyłabym złapać zadyszki. I tylko gazeta, którą mam do dziś. Nie było mnie tam, bo od dworca autobusowego i ambasady w Nairobi dzieliło nas kilka kilometrów. A 200 km od Colombo. Czas i przestrzeń wydają wyroki. Zadyszka? Jeden krok? Przeznaczenie? Tak blisko i tak daleko. Dlatego każda chwila, każdy oddech jest ważny. Dlatego nie ma sensu histeryzowanie. Możemy (i powinniśmy!) skazać bandytów, którzy podłożyli ładunki, zestrzelili samolot. Nie powstrzymamy ich, bo to jest życie, a śmierć jest jego integralną częścią. Nam jeśli nadal oddychamy pozostaje refleksja i cieszenie się każdą chwilą. Nawet jeśli dostajemy zadyszki. W każdej sekundzie tworzymy teraźniejszość, która stanie się przeszłością za moment. I ten ułamek sekundy, ten telefon się liczy. Nawet jeśli dzieli nas kilka czy 200 km i tego nie doświadczyliśmy.
sobota, 26 lipca 2014
Będzie taki dzień
Safari jest podróżowaniem – od msafiri, suahilijskiego słowa oznaczającego podróż. Tylko nikt o tym nie pamięta, bo safari uczyniliśmy polowaniem. Zdobywaniem współzawodnictwem, walką o trofeum. I dlatego różny jest cel. W polowaniu to na skróty Wielka Piątka – lew, lampart, nosorożec, bawół, słoń. To lista ustalona przez myśliwych – najbardziej niebezpiecznych i najtrudniejszych do ustrzelenia afrykańskich zwierząt. Tak się składa, że w czasach fotosafari i nieustannego zaboru przez człowieka zwierzęcych terytoriów to także lista zwierzaków, których trzeba po prostu poszukać, żeby je zobaczyć. I oczywiście we mnie też obudziła się żyłka zdobywcy. Pierwszym „terenem łowieckim” był park narodowy Nakuru. Jeden z mniejszych w Kenii i… jeden z nielicznych ogrodzonych. Nakuru to jedno z jezior Wielkiego Rowu Tektonicznego, między którymi wędrują flamingi. Nakuru to też miasto jedno z największych w Kenii, tak blisko jeziora, że park ogrodzono, żeby zwierzaki nie składały odwiedzin w ludzkim królestwie. W parku Nakuru mieszkają w zasadzie wszystkie afrykańskie zwierzaki poza słoniami, bo dla nich obszar parku jest po prostu za mały. Bawoła „upolowaliśmy" tuż przy bramie. Trzy stare samce leniwie wylegiwały się na trawie. Z perspektywy samochodu wyglądały niewinnie i ciapowato. Nie przypominały nieustępliwych wojowników, którzy myśliwego potrafią tropić kilometrami, by rozszarpać go rogami i później stratować bezwładne ciało. Bawołowi można podpaść tylko raz, a później już do końca dni swoich albo myśliwego tropi wroga. Pamięć ma bowiem znakomitą i mściwy jest okrutnie. Te trzy nie wyglądały na takie potwory. Na nozdrzach jednego usiadł sobie ptaszek. A wszystko wokół było odrealnione jak we śnie, albo „Parku jurajskim”. Setki ptaków, zeberki, antylopy, przelatujące nisko pterodaktyle-pelikany. Łyse, brzydkie marabuty. Różowa „koronka” gigantycznych stad flamingów u brzegu jeziora. Lądujących jak hydroplany kiedy ich klucz łączył się z błękitną taflą wody. Zapach ziemi i zwierząt. Upajająca przestrzeń. Jeździliśmy wśród lasu szukając lamparta i lwa. Wydłużały się cienie, ziemia barwiła pomarańczowymi refleksami zmierzającego ku linii wzgórz słońca. Kiedy świat poszarzał James – nasz kierowca, przewodnik i w końcu przyjaciel zdecydował, że wracamy. Bez lwa i lamparta, ale jutro też jest dzień. Leżał sobie na trawiastej równinie. Ciemna grzywa ledwie odcinała się od brunatnej o tej porze dnia trawy. Skóra poznaczona bliznami, śladami po ukąszeniach moskitów, sztywno opinała twarde mięśnie. Drzemał. Lwy drzemią 20 godzin na dobę, więc to nic dziwnego. Miękko zginając potężną łapę gestem kociaka odgonił natrętną muchę. Na chwilę podniósł łeb. Nasz samochód i nas miał dokładnie w nosie. Zdjęcia oczywiście nie wyszły. Za ciemno, choć tak blisko. Ale to był mój pierwszy lew. James nie krył radości. „Afryka Cię polubiła” – powiedział. - Już pierwszego dnia masz swojego lwa.
Słonia spotkaliśmy w Maasai Mara. Tam też były całe lwie rodziny. Pierwsze lwie polowanie i śmierć antylopy. Krokodyle czyhające na przekraczające rzekę Mara gnu i zebry. Były dik-diki – antylopki wielkości królika, szakale, hijeny, nawet jakże rzadkie likaony. Tylko lamparta nie było. Szukaliśmy go wśród drzew, bo tam lamaparta leżakującego na gałęzi spotkać najłatwiej. Nie było… Nie było go też w Tsavo. I choć gepardy z czarnymi śladami łez i całkiem innymi centkami są coraz rzadsze nie cieszyły, bo nie mogły go zastąpić. Lampart – inteligentny, przebiegły majestatyczny. Przed tym wyjazdem do Kenii śp. Piotrek Pronobis opowiadał jak na swoim pierwszym króciutkim safari w Marze został uwięziony przez lamparta. Samochód utknął w błocie a nieopodal na drzewie siedział lampart. Kierowca nie zdecydował się wyjść. Wezwał posiłki ale… nikt lamparta nie straszył, bo nie wolno, a poza tym to jego świat, w którym ludzie są gośćmi. I tak wszyscy czekali aż zwierzak poszedł sobie polować, albo wędrować. Godzin kilka. W tym odrealnionym świecie jak z kadrów National Geographic brak lamparta był jeszcze bardziej dojmujący. Przecież powinien tam być!!! Nie cieszyły już stada gnu, ani pozujące wdzięcznie zeberki, igrające lwiątka i majestatycznie wędrujące słonie. I tak z Afryki wyjeżdżałam tłumacząc sobie, że brak lamparta to znakomity powód, żeby do niej wrócić. Mijały lata. Na lotnisku w Nairobi James witał mnie niezmiennym „Jumbo – witaj w domu”. Miałam swoje knajpy, swoich przyjaciół. Z Jamesem jeździliśmy po coraz mniej uczęszczanych szlakach i najróżniejszych zakamarkach afrykańskiego świata. Z czasem przestaliśmy szukać lamparta. Wracał (jego brak) czasem półżartem, czasem rozczarowaniem. Poznałam afrykańskie żuki czyli Małą Wielką Piątkę. Na najpiękniejszym safari w Tsavo z Mike’m przez dwie godziny siedzieliśmy w stojącym samochodzie popijając szampana i oglądając wyczyny surykatek. Z uroczym studentem z Brighton zakładaliśmy uśpionym lwom obroże z radionadajnikami w ramach światowego programu badania wędrówek afrykańskich drapieżników. Pokochałam Ją, jej zapach, przestrzeń oddychającą miarowo w słońcu, magiczny deszcz malujący zielenią busz, rany – umarłych drzew w Amboseli i czarne blizny po pożarach w Tsavo. Cieszyłam się na każde spotkanie. Coraz mniej Ją znałam i coraz mniej potrafiłam o Niej opowiedzieć. Gadałyśmy za to nieustannie w ciszy czerwonych dróg, o życiu, śmierci, trwaniu i przemijaniu, ciągłości pokoleń, tym co pierwotnie wrażliwe pod maską nieobecnej obojętności, o miłości.
Kiedyś wracaliśmy z Maasai Mara. Od naszego pierwszego spotkania minęło bodaj osiem lat. Był środek upalnego dnia. Droga na płaskowyżu wśród traw sawanny. Siedział dokładnie na środku drogi. Jak pies na podkulonych łapach. Piękny, majestatyczny. Czarno-rude rozetki rzucały miedziane refleksy. Lampart. Patrzył prosto na nas. James przyhamował zdumiony. Staliśmy w milczeniu. Lamparta nie powinno tam żadną miarą być. W ciągu dnia leżakują przecież ukryte w cieniu koron drzew. Nie przychodzi im do głowy by narażać się na palące promienie i to jeszcze w niewygodnej pozycji. Lamparty są inteligentnymi hedonistami. W końcu podniósł się i tym niepowtarzalnym wężowym miękkim krokiem powędrował wśród traw. Jeszcze przez chwilę widziałam ich drgające wierzchołki w miejscu gdzie był. Staliśmy tak póki trawy nie umilkły i nie poddały się tańcowi sawanny. James długo o tym rozprawiał. Kiedy żartował, że „to duch” w jego oczach dostrzegłam cień. – Afryka Cię lubi – rozpogodził się. To był mój lampart. I czekał na mnie. Zrozumiałam, że to prezent, bo ona je rozdaje sprawiedliwie i mądrze. Dostałam ich tak wiele wcześniej. Tak wiele chwil, doznań, mądrości. I już wiem, że będzie taki dzień….
czwartek, 24 lipca 2014
Wyznanie wiary
To była moja pierwsza podróż do Afryki. Bałam się jej okropnie, bo… od zawsze Afrykę kochałam. W mojej głowie, „W pustyni i w puszczy”, w historiach dawnych safari i w „Pożegnaniu z Afryką”. Znałam ją tylko z literatury, ale czułam w sercu. Tym drgnieniem fascynacji, którą tak obawiamy się nazwać miłością. Była marzeniem, wyobrażeniem, była we mnie. Aż nadejść miała konfrontacja z rzeczywistością. Prawdziwą Afryką taką jaka jest a nie taką jaką sobie wyobraziłam. Znajomy pilot wycieczek opowiedział mi kiedyś dykteryjkę o pani, która z nim jeździła wielokroć w najróżniejsze zakamarki świata a zawsze chciała pojechać do Brazylii. I nigdy nie pojechała, bo bała się konfrontacji. Ja nie miałam wyjścia. Racjonalne myślenie mi odebrało, bo w sierpniu, najzimniejszym miesiącu wylądowałam w Nairobi w t-shircie i dżinsowej kurtce. Miała być Afryka, więc upały… a było plus 6 stopni… Niemal 2 tys. metrów wysokości robiło swoje. Poza dojmującym zimnem pamiętam przejazd do Karen podmiejskiej dzielnicy Nairobi. Wzdłuż drogi zieleniły się eukaliptusy. W tej sytości wody i intensywnej zieleni, kruchości, jakże podobne do naszych topoli. I tak bardzo chciałam być rozczarowana, a serce drgnęło topolowym domem i już wiedziałam, że wredne w niezależności, nieobliczalne piękno zauważające, pokochałyśmy się, takimi jakimi jesteśmy ,na zawsze. Kolonialnymi, bo jak mnie ktoś zapytał „a kto was skolonizował?” bez zająknięcia wyrecytowałam: Rosja, Austria i Niemcy – to były rozbiory, a nie kolonizacja, ale czyż to nie tak samo? Niezależnymi, bo w tym głuchym milczeniu i uciekaniem wzrokiem Afrykanów i naszym cwaniactwie – bo zawsze się da jak się chce, jest ta sama determinacja. Ta pierwsza podróż to nie było smakowanie, zapachy, przestrzeń, one po prostu się wdrukowały niezauważenie. Ta pierwsza podróż była tak bardzo tu a nie tam, we mnie… Podróż z Mężczyzną i partnerem, który dzień przed wylotem zameldował się w przychodni (prywatnej, bo reforma zdrowia już działała) pod hasłem mam gorączkę i ból gardła. –Musi Pan zrobić badania na malarię – stwierdziła świadomie pani doktor… -Ale ja dopiero tam jadę a nie wracam - rzekł mężczyzna. – Niech Pan się lepiej przebada w kierunku malarii – usłyszał… Wyjechaliśmy więc z zapasem aspiryny, bo jeszcze nie opracowaliśmy systemu pozyskiwania antybiotyków i leków przeciwgorączkowych w podróży. Owo zwykłe przeziębienie , nie leczone, bo miało być malarią, a wiadomo nie mogło być, rozwinęło się w afrykańskich warunkach znakomicie. Do Maasaj Mara Serena Lodge z najcudowniejszym widokiem Mężczyzna dojechał zielony. Termometr miałam – prawie 40 st. Choć to środek buszu telefon działał, spytałam więc w recepcji o lekarza. – No problem, just a minute – odetchnęłam z ulgą. I rzeczywiście pojawił się „in the minute”. Biały kitel wyglądał jakby przeszkadzał. Pacjent też – dotykany opuszkami palców ledwie przy badaniu. – Do you have a lighter? – chciałam podać zapalniczkę, ale w końcu znaleźliśmy latarkę. „Injection” był niezbędny. Igła w żyle, ampułka z proszkiem…. A liquid? – Potrzymaj to – przytknął mi kciuk do igły w żyle – Just a moment… Strzykawka na kocu nie jałowym…. Po chwili która mi wydawała się wiecznością – tryśnie albo nie, wróci albo nie… zastrzyk był zrobiony. Mężczyzna usnął, odleciał…. Ja poszłam do… baru. Doktor też. Zamówiłam whisky z lodem, bez się nie dało bo whisky to lód. Zamówiłam dwa razy. Wzdragał się. Tłumaczył, że to nie dla niego miejsce. Nie chciałam słuchać. – Jesteś moim gościem, on jest moim gościem oznajmiłam. I on i kelnerzy spuścili wzrok. Ja nie miałam pojęcia co zrobiłam i co się stało. To ja zdecydowałam wbrew temu co było ustalone, a oni musieli mnie słuchać, bo tak było ustalone. Gdybym miała wtedy taką świadomość zawahałabym się, ale… to była moja pierwsza podróż do Afryki… Siedzieliśmy z tymi drinkami przed sobą w niezręcznym w milczeniu. How it will be? Zapytałam. Milczał, po chwili spytał mnie o życie w Europie, a ja uparcie how it will be? Jakie życie w Europie? – myślałam. - U Was podobno jest zimno tak, że zamarza woda – zagaił. – Tak zimą. – I co wtedy robicie? Jak ogrzewacie domy? – zapytał. Ja nawet po polsku nie wiem jak działa centralne, mleko jest ze sklepu, mięso na tackach…. Tłumaczyłam coś o kotłowni, gorącej wodzie i rurach. Mało składnie chyba, choć usłyszałam _It’s nice, it’s clever. Spytałam o studia medyczne. – Its expensive out of Africa, I’ve never been. Pomyślałam o tym dożylnym zastrzyku i antymalarycznym leczeniu przed a nie po ani w trakcie. I było mi wszystko jedno. Całą sobą spytałam „panie doktorze czy on wyzdrowieje?” – Czy wierzysz w Boga? – to nie była odpowiedź. Tylko pytanie – wyzwanie, bo nie miał przecież prawa mi go zadawać. Zjeżyłam się w sobie okropnie tak po europejsku, w duchu tolerancji i prywatności sumienia i wyznania. – Czy jesteś chrześcijanką? – uznał że nie zrozumiałam, więc dopytał. Po prostu. Nie ogarnęłam, że to tak topolowo-eukaliptusowo, w bezkresnej przestrzeni Afryki, pierwotności, która jest sensem i prawdą, ale po prostu i automatycznie, bo tak właśnie wierzę i jestem chrześcijanką, bez didaskaliów w sprawie kościoła, odpowiedziałam po prostu i automatycznie – Yes – było mi wszystko jedno, byle wyzdrowiał. Rozjaśnił się w uśmiechu. – No widzisz jak Bóg tak chce to wyzdrowieje. Ja już zrobiłem swoje i nic tu po mnie. Nie wiem… Odsunął pustą szklankę i odszedł. Siedziałam nad kostkami lodu tylko przez chwilę. Okropnie zła, bo „nie dostałam odpowiedzi”. W końcu z tej złości polazłam zwiedzać obóz. Kierowcy grali w siatkówkę, a ja nie ogarniam meczy. Brama, symboliczna, bez zasieków i szlabanów nie zrobiła na mnie wrażenia. Szłam pylistą czerwoną drogą Maasai Mary. Mijały mnie obojętnie jeepy z turystami. Prosta dróżka znudziła mnie okropnie. Wróciłam. Mężczyzna spał i ja poszłam spać…. Nazajutrz na ścieżce, którą szłam tuż obok obozu kierowca pokazał mi świeże ślady lwów. Nieopodal koczowała lwica z lwiątkami. Mężczyzna jak młody bóg po zastrzyku skrupulatnie je filmował. Moje ślady zatarł kurz wieczora i poranka. Ale tam były… dowód głupoty, dowód Kanta ten ostatni… Poranek wstał bez zastrzyków, centralnego ogrzewania i lęku. Nowy, świeży, bez przeszłości. Trwał chwilą rozgrzanego powietrza, cykania owadów i ptaków. Bez wczoraj, choć ono było, mienił się dziś i jutrem. Moim wyznaniem wiary. Oburzyłabym się sto razy i tak bym go nie wypowiedziała. To nie był koniec choroby Mężczyzny. To była moja, nieświadoma rozmowa z Bogiem przez Afrykę, którą odkryłam w sobie i to nie było Jej ostatnie słowo. Wtedy byłam tam pierwszy raz….
wtorek, 17 czerwca 2014
Duma bez uprzedzenia
Simba Hills ma niewątpliwą zaletę – jest blisko Mombasy. Dlatego reklamuje się jako najkrótsze i najmniej kłopotliwe safari. „Na zwierzaki” jednak trzeba pojechać trochę dalej. Kiedy już nasyciłam się migracjami w Maasai Mara, słoniami w Tsavo i gerenukami w Samburu przyszedł czas na Simba Hills. Na „lwich wzgórzach” nie liczyłam na lwy, ale afrykańską „podróż w czasie”. Otóż w latach 60-tych kiedy nastała pierwsza moda na ekologię w Simba Hills powstał hotel na drzewach. Dosłownie. Drewniana konstrukcja zamocowana na wysokości koron drzew a w niej pokoje, łazienki, za oknami ptaki i małpy no i zupełnie inna perspektywa.
W Simba Hills było cicho, tą niezwykłą, rozgrzaną słońcem, cykającą różnymi tonami ciszą buszu. Nieco przykurzoną czasem i gorącem. Sennie, leniwie, afrykańsko do bólu. Czasy świetności ekologicznego wynalazku dawno minęły w hotelu byliśmy więc… sami. Jak to na safari – po pierwsze bar po podróży i zimny Tusker, którego reklama „my beer, my country” jest jedną z najlepszych jakie znam, bo faktycznie Tusker to smak Kenii, a owo „my country” ma w sobie ożywczy ładunek dumy z własnej tożsamości.
W barze brzęczała jakaś samotna mucha, upał wdzierał się przez okna rozświetlając patynę czasu. Dotknęła nawet uniformów barmana i kelnera. Czyste i odprasowane, spłowiałe kolory dodawały smaku temu miejscu. Zaczęliśmy od niezmiennego w Kenii rytuału – „cześć jak się masz, skąd jesteś?” – Cześć, świetnie, Z Polski – odpowiedziałam jak zwykle na zasadzie „hasło odzew” spodziewając się równie rutynowego ciągu dalszego w stylu „Holland?” „No Poland”, albo tłumaczenia gdzie ta Polska leży na mapie. Tymczasem usłyszałam „Z Polski, ja nie lubię Polski!”. Zamurowało mnie… To było kompletnie poza „etykietą” i standardem. – Jak to nie lubisz Polski, a dlaczego? – Bo to głupi kraj, tak nie zdarza się nawet u nas, żeby premierem i prezydentem byli bracia i to bliźniacy – padła odpowiedź. Refleksja czy w Polsce w prowincjonalnym barze znalazłabym kelnera, który znałby nazwisko prezydenta Kenii przyszła później, bo… najpierw krew zalała mi oczy. Jakim prawem ktokolwiek i gdziekolwiek mówi o MOIM kraju, że jest głupi?! I tak trochę mnie poniosło, bo najpierw nawrzeszczałam na delikwenta a dopiero później wyjaśniłam, że to wbrew pozorom jest efekt jak najbardziej demokratycznych procedur. Nie tłumaczyłam już, że ta strona politycznej sceny to nie moja bajka i ja akurat głosowałam inaczej, ale taka właśnie jest demokracja, że raz się przegrywa a raz wygrywa. Po co miałam tłumaczyć, nie o nazwiska i poglądy polityczne tu chodziło, ale o MÓJ kraj i jego demokratycznie i zgodnie z prawem powołane władze. Zajęło mi chyba ze dwa tuskery aż w końcu do jakiegoś kruchego porozumienia z kelnerem doszliśmy, że Polska głupim krajem nie jest i, że demokracja rządzi się swoimi prawami. Potem pogadaliśmy o historii Kenii i polskiej drodze do wolności i… rozstaliśmy się w zgodzie, że są wartości niezmienne i najważniejsze – poczucie własnej tożsamości, duma ze swojego kraju mimo świadomości tego, że każdy kraj jest na swój sposób ułomny, szacunek, tolerancja i dogadaliśmy się też co do tego, że przekłada się to na zwykłe codzienne zachowania.
Dlatego, tylko dlatego i aż dlatego minister Sienkiewicz ani chwili dłużej nie powinien być ministrem. Nie za polityczne targi ani za to, że dał się podsłuchać. Za jedno zdanie o MOIM państwie, że to „ch… d… i kamieni kupa”. Gdyby w ten sposób nawet w prywatnej rozmowie korpo pracownik powiedział o swojej firmie, a jego przełożony się o tym dowiedział pogoniłby go na cztery wiatry. Pan premier pozostawiając go na stanowisku daje świadectwo, że z tą diagnozą się zgadza. Czy wobec tego 1 sierpnia kombatanci, którzy walczyli, a ich koledzy ginęli za Polskę usłyszą, że to „kamieni kupa”, czy tak tożsamość ma budować sobie licealistka z Gorzowa ta sama co od premiera kwiatów nie chciała i jej rówieśnicy? A może istnienie kupy kamieni warto przed następną wizytą uświadomić Barackowi Obamie, żeby miał materiał do przemówienia? Takie są konsekwencje tej jak to określił premier „troski o państwo”. "Troski" nie zauważyłam. Ocenę stanu państwa wyrażoną po 7 latach rządów Pana premiera owszem. Jeśli Pan premier się z nią zgadza to chyba nie umiałabym wytłumaczyć kenijskiemu kelnerowi czemu nadal jest premierem...
piątek, 13 czerwca 2014
Dwa światy
Był rok bodaj 2003. Jeszcze przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Po Katalonii podróżowaliśmy śladami Salvadora Dali. Gloria jak jego dzieła, też wydawała się surrealistyczna. W straszliwie zdartych „po pilocku” butach. W zazwyczaj czarnych zwiewnych ciuchach. Gloria, kiedyś hipiska, teraz „stateczna” pani przewodnik o ogromnej wiedzy i z lekka nonszalanckim podejściem do świata. Dotarłyśmy do Tossa de Mar, uroczego średniowiecznego miasteczka nad brzegiem morza. Zamek, sklepiki z pamiątkami, w końcu przyszedł czas na panoramy z plaży. Siedziałyśmy więc na murku i gadałyśmy. Akurat zaczęła się wojna w Iraku, pytałam o to czego nie zrozumiałam z newsów o poranku. Zdjęcia operatorów stawiających na podłodze kamery i dziennikarzy, którzy niczego nie relacjonowali. Protestowali przeciwko udziałowi Hiszpanii w tej wojnie, która przyniosła już pierwsze ofiary – zginął operator jednej z hiszpańskich telewizji. Protest dziennikarzy, operatorów, dźwiękowców, był cichy i dotkliwy - postanowili nie relacjonować konferencji prasowej premiera. Po prostu postawili na ziemi kamery i tylko ten moment sfilmowali. Odebrali premierowi głos. Na krótko, na jedną konferencję, ale dla mnie był to wstrząsający symboliczny gest. W Polsce byłoby to niemożliwe, żeby tak dogadały się wszystkie środowiska dziennikarskie. Ktoś by się wyłamał, i tak przecież by zrobił newsa jako jedyny…. Gloria indagowana jak to możliwe zaczęła opowiadać o… wyobcowaniu. O dwóch światach polityki i zwykłych ludzi, o tym, że nie ufa już żadnej ze stron. Nie, nie pogubiła się po prostu żyje w innym świecie, a w tym polityczno-oficjalnym nie chce uczestniczyć. – Tak samo czują ci dziennikarze – tłumaczyła – Bo ci którzy nami rządzą nas nie rozumieją, a my ich nie rozumiemy. To tak jak dwa różne plemiona. – dodała. Pomyślałam, że to banalne, bo każda władza jest wyobcowana. Przypomniałam sobie jak pewnego dnia na początku lat 90-tych wyszłam z Sejmu. Było popołudnie. Pachniały spaliny i jakieś krzewy. Poczułam ciepło słońca. Wokół mnie przechodzili ludzie. Jakaś mama z wózkiem, ktoś z teczką inny z siatką. Ludzie, tłok na placu Trzech Krzyży. Każdy miał swoje sprawy, kłopoty i radości. Wtedy pierwszy raz poczułam tę nierealność – chłodu sejmowych sal, w których nie ma tłoku i codzienności, bo ona toczy się gdzie indziej. To był szok termiczno – doznaniowy. Wierzyłam, że słowami można poprawić świat i… nadal wierzę. Ale wtedy, w tych Glorii „wyjaśnieniach” poczułam ten sam smutek – dwóch światów i bezradność. Pogadałyśmy chwilę o Unii Europejskiej o polskich aspiracjach i nadziejach, o hiszpańskich rozczarowaniach. Minęło 11 lat. Smutek, bezradność i złość mają wymiar statystycznego słupka - niemal trzech czwartych Polaków, którzy nie wzięli udziału w eurowyborach. Starsi w milczącym proteście - jak odstawienie kamer na ziemię, młodsi głośno – głosując na ugrupowanie kabaretowo wyraziście negujące polityczne elity i ich system wartości. Była chwila lamentu, ale minęło zaledwie kilka tygodni a i igrzyska znów się zaczęły….
Tylko jedno jest zdumiewające w sprawie immunitetu posła Mariusza Kamińskiego. Dokumenty przysłane przez prokuratora generalnego, które w istocie były podstawą debaty Sejmu w sprawie uchylenia tegoż immunitetu przeczytało… 9 posłów. Dla ułatwienia w komisji regulaminowej i spraw poselskich zasiada posłów 17. Właśnie ta komisja rozpatruje merytorycznie wniosek i rekomenduje lub nie Sejmowi jego przyjęcie. To właśnie zasiadający w niej posłowie powinni swoim klubom przedstawiać rekomendacje i …. być ekspertami w danej sprawie. Krótko mówiąc powinni być odpowiedzialni. Założenie, że wszyscy posłowie przed każdą debatą przeczytają wszystkie projekty i dokumenty jest nierealne. Ktoś kto zna się na rolnictwie nie musi znać się na kulturze albo kodeksie karnym. „Przemiał” parlamentarny jest taki, że nikt przy zdrowych zmysłach wszystkiego nie przeczyta – ale od każdego zagadnienia powinni być posłowie-eksperci zasiadający w komisjach. Posłowie MERYTORYCZNI.
Ta sprawa była nietypowa. Wszystkie dokumenty włącznie z samym wnioskiem prokuratora generalnego i jego uzasadnieniem były tajne. Rzecz dotyczyła bowiem działania tajnych służb i kuchni pracy operacyjnej. Dlatego posłowie nie dostali dokumentów do skrzynek, tylko musieli podreptać do tajnej kancelarii. Odfajkować się na liście i… tak został ślad kto przeczytał a kto nie. Takie niespodziewane „sprawdzam” jak w pokerze. Poza Marszałek Sejmu i samym zainteresowanym przeczytało dokumenty 8 posłów. Z tego 6 przyszło na obrady i głosowanie. Dokumentów nie był uprzejmy przeczytać nawet poseł sprawozdawca – Tomasz Sajak z Twojego Ruchu, choć to on miał wtajemniczyć posłów na tajnym już posiedzeniu w zawiłości tej sprawy. Wniosek miał 400 stron. Spora książka. Stefan Niesiołowski twierdzi, że czytanie ze zrozumieniem zajęło mu 2 godziny. Poza nim przeczytało wniosek 4 posłów PO: Jerzy Budnik, Tomasz Głogowski, Bożena Sławiak i Grzegorz Raniewicz, jeden Twojego Ruchu - Maciej Mroczek i dwaj posłowie PiS Andrzej Duda - jako pełnomocnik prawny Mariusza Kamińskiego i Kazimierz Michał Ujazdowski. Nazwiska podaję celowo, bo o ludziach odpowiedzialnych za to co robią warto pamiętać. Jednak warto też pamiętać o pozostałych 450 posłach, którzy wniosku nie przeczytali i klubach SLD i PSL (mają swoich reprezentantów w komisji regulaminowej), oraz Solidarnej Polsce (obecnie koło a nie Klub), których reprezentantów wśród czytających dokumenty nie było. Stawiam dolary przeciwko kasztanom, że obecni „nieczytaci posłowie” znajdą się na wysokich miejscach na listach wyborczych i arytmetyka ordynacji zdecyduje, że ponownie mandat otrzymają.
Pal diabli werdykt Sejmu w sprawie immunitetu Mariusza Kamińskiego, choć zdrowiej by było gdyby poseł i były szef CBA mógł przed sądem, a nie kolegami także chronionymi immunitetem, obronić się własną niewinnością. Tak byłoby honorowo. Pal diabli system prawny i prokuraturę, która przez kolejne ekipy jak za komusznych czasów traktowana jest per noga. Rozbroił mnie poseł Waszczykowski – ex wiceminister spraw zagranicznych, który z racji pełnionego stanowiska miał przecież do czynienia z tajemnicami rangi znacznie większej, w sensie stabilności państwa, niż domy/buty Jolanty Kwaśniewskiej w rozmiarach europejskich czy też amerykańskich. Otóż Pan poseł-dyplomata publicznie w telewizyjnym studio tłumaczył, że „nie przeczytał, ale został zbriefowany” przez kolegów którzy przeczytali. Dwóch – na 146 posłów PiS! To był raczej dłuuuuuugi briefing z kwestią przepisów dotyczących tajemnicy służbowej i państwowej w tle. Ten kto z tajemnicą się zapoznał nie ma prawa jej objaśniać nawet tym, którzy teoretycznie także dostęp do niej mieć powinni. To taki myk, że każdy sam sobie musi przeczytać i na liście odfajkować. Włos się jeży na głowie jeśli breefingowe traktowanie tajemnic było a może nadal jest rutyną MSZ.
Nie na plaży w Tossa ale pod lipami, które w Warszawie za wcześnie zakwitły czuję tę samą bezradność i wyobcowanie. To po prostu lipa. Za parę miesięcy wszyscy zapomną i będą odwoływać się do sumień i umysłów elektoratu by był odpowiedzialny i podszedł głosować. A ja wtedy… nie przeczytam. A chętnym do zbreefowania powiem „sprawdzam”.
wtorek, 10 czerwca 2014
Odcienie szarości
„Festiwal Wolności” zakończył się sukcesem. Fart dat ułatwił sprawę, bo wszyscy wielcy w drodze do Normandii zajrzeli też do Polski, by przekonać się, że „freedom made in Poland”. Znakomite hasło, gdzieś się rozpłynęło w zgiełku utyskiwań, że ktoś tam nie przyszedł, ktoś się obraził, ktoś na kogoś/coś znowu napluł i z drugiej strony puszenia się, że jesteśmy tacy świetni, że mamy mocarstwową oprawę uroczystości i ponieśliśmy światu kaganek wolności… Tylko, świat jakoś mało to dostrzega, bo walący się berliński mur jest zdecydowanie bardziej malowniczy niż wyborcze urny w Polsce.
Władysław Frasyniuk mnie rozbroił, kiedy stwierdził, że moglibyśmy w tej konkurencji z murem (berlińskim) lepiej wypaść gdyby 4 czerwca 1989 ludzie w szale radości wyszli na ulice i się… upili ze szczęścia. Tymczasem choć rękoczynami się brzydzę miałam kiedyś wielką ochotę przywalić w spoconą i ironiczną facjatę pewnego dyrektora cukrowni na Gwadelupie, który wyjść z podziwu nie mógł, że bladym świtem zamiast umrzeć z zachwytu, bo usilnie chciał częstować nas rumem chcemy po prostu pracować. Zrobić zdjęcia w tej cukrowni-bimbrowni, bo to lokalna atrakcja. – Jak to nie chcecie pić, przecież jesteście z Polski? I tak przed naszą kamerą się nie pojawił… Jak ktoś ma w głowie tylko stereotyp pijaka Polaka to ani gadać z nim ani pokazywać nie ma sensu. Wybory 1989 były moimi pierwszymi w życiu, więc… może nie miałam kiedy nabawić się kompleksów. Nalanego faceta z „poczuciem wyższości bagiennej chołoty” po prostu mam w nosie. Jestem bowiem dumna z MOJEGO kraju (nienawidzę jak różne rodzime mądrale mówią TEN kraj). Żałuję tylko, że choć mamy się czym chwalić i co więcej inni to doceniają nie chcemy z tego korzystać.
Przy okazji utyskiwań wolnościowych pojawiły się i takie, że od naszego Festiwalu Wolności lepszą marką stał się upadek apartheidu. Tymczasem w naszych przemianach południowoafrykańscy przywódcy szukali drogowskazu ku bezkrwawej drodze do wolności. I mamy w niej swój udział. Zofia Kuratowska od 1989 r. zaangażowana była w pracę AWEPA – czyli Association of Western European Parlamentarians against Apartheid. Zarówno jej jak Andrzeja Celińskiego opinie cenił sobie Nelson Mandela. Ze zdumieniem i nie ukrywam dumą słuchałam opowieści Andrzeja Kiepieli – konsula honorowego w Durbanie, o tym jak wyglądały kulisy negocjacji, nawet nie tyle między stroną rządową a opozycją co między ugrupowaniami opozycyjnymi, w których…. on sam był pośrednikiem. Tymczasem na polski „wkład w historię RPA” patrzymy raczej przez pryzmat niejakiego Walusia – zabójcy lidera Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej Chrisa Haniego. Omal nie wywołało to kolejnej fali agresji i sporów, która zmiotłaby wątłe porozumienie. Nelson Mandela wybrnął z opresji przypominając burzącym się przeciwko idei pokojowego czyli wyborczego rozwiązania konfliktu, że Hani wprawdzie zginął z ręki białego człowieka, ale do wykrycia sprawcy przyczyniła się biała kobieta – Afrykanerka. W tym samym roku – 1993 Nelson Mandela i prezydent RPA Frederik de Klerk odebrali pokojową nagrodę Nobla. Nikt nie wątpił, że porozumienie możliwe było dzięki zaangażowaniu obu stron. I obu stronom na nim autentycznie zależało. Rok później odbyły się pierwsze wolne wybory w historii Południowej Afryki. Afrykański Kongres Narodowy wygrał w cuglach – co z resztą było do przewidzenia. O naszym polskim, chlubnym, akcencie szybciutko zapomnieliśmy – my sami. Z resztą przecież w naszym rozumieniu polityki zagranicznej nie uchodziło się z tym afiszować, bo…. Nelson Mandela aż do 2008 roku pozostawał na liście terrorystów w USA! 27 kwietnia tego roku minęła 20 rocznica upadku apartheidu. Nam to chyba umknęło.
Jubileuszu nie doczekał Nelson Mandela. Zmarł w grudniu 2013 roku. Na pogrzebie Polski nie reprezentowali ani premier ani prezydent, tylko…. minister spraw zagranicznych i… Lecha Wałęsa – także noblista. Podobnie jak Mandela stał się symbolem upadku apartheidu tak czy to się komuś podoba czy nie Wałęsa jest symbolem „freedom made in Poland”. Podobnie z reszta jak Mandela wymyka się jednoznacznym ocenom. Nie było jednak na świecie zakątka gdzie na informację, że jestem z Polski nie słyszałabym „Papa i Walesa”. Świat postrzega apartheid, naszą wolność i każde inne wydarzenie w uproszczeniach, czarno-biało. Nie chodzi o to byśmy o tych odcieniach szarości nie pamiętali, ale byśmy nie gubili się w niuansach i światłocieniach sami sobie odbierając najwspanialszą wygraną - wolność.
wtorek, 3 czerwca 2014
Emocje i polityka
Gdyby to, co działo się podczas pogrzebu gen. Wojciecha
Jaruzelskiego wydarzyło się na pierwszym lepszym prowincjonalnym cmentarzu
wikary wezwałby policję zawiadamiając o bezczeszczeniu grobów. Tak właśnie, bo
skupiona na wyciu, buczeniu i wydawaniu innych odgłosów hałastra pod nogi nie
zwykła patrzeć ,depcząc co popadło.
Paradoks polega na tym, że akurat w tym przypadku i w tym
miejscu takie działanie byłoby
kompletnie bez sensu. Spóźnionym i niedoszłym bohaterom chodziło o to, by
jeszcze w ostatniej chwili stać się „ofiarami” generała. Miała być martyrologia
a wyszedł obciach. I nic tu do rzeczy nie mają tłumaczenia prawicowych polityków
i dziennikarzy (bezpartyjnych
oczywiście) o „uzasadnionych emocjach”. To
było zwykłe chamstwo, a przy okazji … łamanie prawa. Zgodnie z kodeksem karnym
„kto złośliwie przeszkadza pogrzebowi, uroczystościom lub obrzędom żałobnym”
podlega karze więzienia do dwóch lat. Prokuratura wyjścia nie miała, bo
śledztwo w sprawie z tego paragrafu prowadzić musi z urzędu. I już pierwsze
zarzuty postawiła, bo… wyjścia nie miała. Nie chodzi tu ani o ocenę działań
generała ani słuszności protestu tylko o jego FORMĘ!!! Sposób wyrażania emocji
jest bowiem podstawą relacji społecznych. Ramy temu upustowi emocji wyznacza
zarówno prawo jak obyczaj. Ceną ich
nieprzestrzegania jest to, że sami prosimy się by paść ofiarą swobodnego
wyrażania emocji przez bliźniego. Dla formy wyrażania emocji (raz jeszcze
podkreślę nie wnikając w to czy słusznych czy nie) podczas pogrzebu gen.
Jaruzelskiego nie ma żadnego usprawiedliwienia. Tym bardziej, że można inaczej…
Choćby tak jak w Chile w 2012 roku podczas pogrzebu gen. Augusto Pinocheta. Przypomnę, że ów generał w ramach „zaprowadzania porządku” tworzył m.in. obozy koncentracyjne, śmiertelne ofiary jego reżimu to ponad 2 tys. osób do tego jeszcze z tysiąc zaginionych bez wieści. Ofiarami były także dzieci. Według ustaleń Narodowej Komisji ds. Więźniów Politycznych i Stosowania Tortur były bite, gwałcone, torturowane. Pinochetowi kiedy przebywał w szpitalu hołd pojechali oddać Marek Jurek (obecnie europoseł), Michał Kamiński (niedoszły i były euro poseł) i Tomasz Wołek (dziennikarz sportowy obecnie spec od polityki). Pinochet był wszak postacią kontrowersyjną. Jego reżim zabijał, ale uczciwie przyznać trzeba, że chilijską gospodarkę wyciągnął z dołka. Pinochet też oddał władzę poniekąd po dobroci – na drodze powszechnego plebiscytu, w którym wyborcy wybrali opozycję. W 1988 r. czyli rok przed czerwcowymi wyborami w Polsce. Pinochet przez kolejną dekadę pozostał głównodowodzącym chilijskich sił zbrojnych i… zgodnie z konstytucją jako rządzący dłużej niż 6 lat prezydent otrzymał dożywotni mandat senatora. Immunitet skutecznie uniemożliwił ściganie go za popełnione zbrodnie. Pogrzeb Augusto Pinocheta miał wojskową oprawę należną głównodowodzącemu sił zbrojnych. Tłum owszem wygwizdał przybyłą na pogrzeb minister obrony tyle, że na ulicy przed bramą Akademii Wojskowej gdzie odbywały się uroczystości. W środku już było godnie… Natomiast rodziny ofiar reżimu, które od z górą ćwierć wieku szukają śladów po zaginionych bliskich zgromadziły się pod pomnikiem Salvadora Alende – obalonego przez Pinocheta prezydenta, pod hasłem: „naród chilijski jest tutaj, w chwili, gdy dyktator nie żyje". Czy ten protest był mniej wyrazisty niż wrzaski podczas przejścia przez cmentarz konduktu żałobnego??? Emocje Chilijczyków czyżby były mniejsze niż Polaków. Nie. Zrozumiałam to kiedy kiedyś po zdjęciach włóczyłam się po Santiago. Do małego antykwariatu na uboczu weszłam trochę z ciekawości a trochę z nudów. Od historii papierośnicy – całkiem nowej bo mającej ledwie pół wieku przeszliśmy do historii Chile a w końcu rodzinnej historii Jose. Gdyby nie nieco inne okoliczności przyrody czułabym się jak w Warszawie podczas rozmów o ofiarach represji stalinowskich. Parę lat później, kiedy kurs peso spadł na łeb na szyję w rozmowie z Miguelem, dawnym dziennikarzem wyczułam nutkę tęsknoty za stabilnością ekonomiczną w czasach reżimu, natychmiast uzupełnioną opowieściami o okrucieństwie tamtych czasów. Za mało czasu minęło, by nabrać dystansu. Natomiast Chilijczycy, ci którzy cierpią nadal z powodu generała znaleźli godną drogę by wyrazić swoje emocje. Polakom to się nie udało. I to o chichocie historii niemal w przeddzień rocznicy wyborów, które zmieniły dzieje Polski.
Choćby tak jak w Chile w 2012 roku podczas pogrzebu gen. Augusto Pinocheta. Przypomnę, że ów generał w ramach „zaprowadzania porządku” tworzył m.in. obozy koncentracyjne, śmiertelne ofiary jego reżimu to ponad 2 tys. osób do tego jeszcze z tysiąc zaginionych bez wieści. Ofiarami były także dzieci. Według ustaleń Narodowej Komisji ds. Więźniów Politycznych i Stosowania Tortur były bite, gwałcone, torturowane. Pinochetowi kiedy przebywał w szpitalu hołd pojechali oddać Marek Jurek (obecnie europoseł), Michał Kamiński (niedoszły i były euro poseł) i Tomasz Wołek (dziennikarz sportowy obecnie spec od polityki). Pinochet był wszak postacią kontrowersyjną. Jego reżim zabijał, ale uczciwie przyznać trzeba, że chilijską gospodarkę wyciągnął z dołka. Pinochet też oddał władzę poniekąd po dobroci – na drodze powszechnego plebiscytu, w którym wyborcy wybrali opozycję. W 1988 r. czyli rok przed czerwcowymi wyborami w Polsce. Pinochet przez kolejną dekadę pozostał głównodowodzącym chilijskich sił zbrojnych i… zgodnie z konstytucją jako rządzący dłużej niż 6 lat prezydent otrzymał dożywotni mandat senatora. Immunitet skutecznie uniemożliwił ściganie go za popełnione zbrodnie. Pogrzeb Augusto Pinocheta miał wojskową oprawę należną głównodowodzącemu sił zbrojnych. Tłum owszem wygwizdał przybyłą na pogrzeb minister obrony tyle, że na ulicy przed bramą Akademii Wojskowej gdzie odbywały się uroczystości. W środku już było godnie… Natomiast rodziny ofiar reżimu, które od z górą ćwierć wieku szukają śladów po zaginionych bliskich zgromadziły się pod pomnikiem Salvadora Alende – obalonego przez Pinocheta prezydenta, pod hasłem: „naród chilijski jest tutaj, w chwili, gdy dyktator nie żyje". Czy ten protest był mniej wyrazisty niż wrzaski podczas przejścia przez cmentarz konduktu żałobnego??? Emocje Chilijczyków czyżby były mniejsze niż Polaków. Nie. Zrozumiałam to kiedy kiedyś po zdjęciach włóczyłam się po Santiago. Do małego antykwariatu na uboczu weszłam trochę z ciekawości a trochę z nudów. Od historii papierośnicy – całkiem nowej bo mającej ledwie pół wieku przeszliśmy do historii Chile a w końcu rodzinnej historii Jose. Gdyby nie nieco inne okoliczności przyrody czułabym się jak w Warszawie podczas rozmów o ofiarach represji stalinowskich. Parę lat później, kiedy kurs peso spadł na łeb na szyję w rozmowie z Miguelem, dawnym dziennikarzem wyczułam nutkę tęsknoty za stabilnością ekonomiczną w czasach reżimu, natychmiast uzupełnioną opowieściami o okrucieństwie tamtych czasów. Za mało czasu minęło, by nabrać dystansu. Natomiast Chilijczycy, ci którzy cierpią nadal z powodu generała znaleźli godną drogę by wyrazić swoje emocje. Polakom to się nie udało. I to o chichocie historii niemal w przeddzień rocznicy wyborów, które zmieniły dzieje Polski.
Ten blog nie tak miał się zaczynać. A jednak… bo akceptacja
dla każdego przejawu chamstwa
legitymizuje odbieranie ludziom życiowej przestrzeni tej dosłownej i tej
światopoglądowej. Podziały istnieją i będą istniały, sztuką jest jednak to by
różnić się pięknie, minimum by różnić się godnie. A może jak Hiszpanie - w miarę racjonalnie, bo choć od lat trwa dyskusja o przeniesieniu prochów generała Franco z mauzoleum w Dolinie Poległych, to studzi ją kryzys ekonomiczny i swoisty konsensus wobec argumentu, że są ważniejsze wydatki niż pudrowanie historii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)