czwartek, 12 listopada 2015

Bez jaj choć tortem....




Tort wiadomo sprawa przyjemna, a rzucanie tortami – gag znany z hollywoodzkich komedii. Tort na prawdziwej sali sądowej lądujący na głowie prawdziwego sędziego – reprezentanta trzeciej władzy będącej ostoją prawa i majestatu Rzeczpospolitej, śmieszny już nie jest. Ale jakże prawdziwie pokazuje, że granice autorytetu Rzeczpospolitej są tak wątłe, że nie sposób na nich się oprzeć.
Ten odcinek Pitawalu miał być poświęcony dalszemu ciągowi afery związanej z mafią paliwową. Aresztom wydobywczym, podsłuchom, próbom zamieszania w zwykłe przestępstwa najważniejszych osób w państwie. Jednak tort, którym obrzucona została sędzia rozpatrująca ewentualne zawieszenie postępowania przeciwko gen. Czesławowi Kiszczakowi, w sprawie o przyczynienie się do śmierci dziewięciu górników kopalni Wujek, w grudniu 1981 r. sprawiło, że przypomnieć warto sprawę innego sędziego. Igora Tuleyi, o którym głośno było na początku tego roku kiedy wydał wyrok w sprawie doktora Mirosława G. – jednej z najgłośniejszych i najbardziej bulwersujących spraw IV RP. Otóż Zygmunt M., którego kamery na Sali sądowej uwieczniły jak w sędzię tortem rzuca twierdzi, że nie ma żadnego dowodu, że to on – Skoro górnicy się sami wystrzelali, to tort sam się rzucił – przekonuje. Co łączy obie sprawy. Otóż sędzia Igor Tuleya popełnił równie „niestosowny” czyn jak pani sędzia – wykonywał swoją pracę. Nie spodobało się to publiczności, więc usłużni dziennikarze wyciągnęli iż jego matka „pracowała w MO i SB”, sympatyczni współobywatele zaś zaczęli szykanować rodzinę sędziego…  Sędzia Tuleya się nie ugiął, o ochronę nie wystąpił. Barbara Piwnik, także sędzia i była minister sprawiedliwości tak wówczas tak komentowała sprawę gróźb: „Do tej pory nie mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją. Takie sygnały nie mogą być lekceważone. To nie sędzia Tuleya powinien wnioskować o ochronę. Sąd powinien działać, nie można czekać aż obywatelowi  wydarzy się krzywda”. I nie tylko o krzywdę obywatela chodzi ale też o niezbędny  do tego by sędzia mógł wypełniać swoją pracę autorytet sądu. Tymczasem dowodów na eskalowanie niechęci i agresji wobec sędziów jest coraz więcej.  Nie sposób nie zgodzić się z Barbarą Piwnik kiedy po wydarzeniach z tortem w tle mówiła że „należy jak najszybciej rozpocząć dyskusję nad tym, co wolno obywatelowi, kiedy ma do czynienia z trzecią władzą”.
 Co wolno sędziemu
Nieznany szerzej rzecznik warszawskiego sądu okręgowego do „publicznego obiegu” wszedł tak naprawdę dzięki jednemu zdaniu. W ustnym uzasadnieniu wyroku skazującego doktora Mirosława G. na rok więzienia w zawieszeniu na 2 lata i 72 tys. zł grzywny za przyjęcie od pacjentów 17,5 tys. zł. łapówek sędzia Tuleja stwierdził: „nocne przesłuchania, zatrzymania - taktyka organów ścigania w tej sprawie może budzić przerażenie. (...) Budzi to skojarzenia nawet nie z latami 80., ale z metodami z lat 40. i 50. - czasów największego stalinizmu.”  Ta recenzja działań CBA, prokuratury i policji wywołały gigantyczną burzę. Nie dyskutowano o wyroku, winie i skazaniu, na marginesie pozostała istota tej sprawy czyli sposób  wyrażania wdzięczności lekarzowi i dopuszczalnych granicach w tym zakresie. Nawet kwestia trudnego charakteru doktora G., choć poniekąd tego też dotyczyła sprawa zmaterializowana w zarzucie dotyczącym mobbingu nie przebiła się do „mainstreamu”. Choć właśnie te aspekty sprawy doktora G. są naprawdę ważne bo dotykają kwestii wyborów w życiu każdego z nas i ich oceny w świetle prawa. Wszyscy mówili tylko o „stalinowskich metodach” .  Sędzia Tuleya został odsądzony od czci i wiary. Mariusz Kamiński  i Zbigniew Ziobro złożyli wniosek o wszczęcie przeciwko niemu postępowania dyscyplinarnego uznali bowiem iż  „naruszył powagę zawodu i podważył zaufanie do wymiaru sprawiedliwości”.  Panowie skupili się na „stalinowskich metodach” a dyskretnie przemilczeli , że sędzia oceniając ich osobiste działania stwierdził: „osoby piastujące najwyższe stanowiska w państwie stawiały zarzuty nie znając materiału dowodowego” oraz, że „polityki karnej państwa nie można postawić ponad prawami i wolnościami obywateli”.  Umknął też uwadze fakt, że przy okazji sprawy doktora G. wyszło na jaw, że politycy niemal wszystkich opcji w szpitalu MSWiA w Warszawie załatwiali swoim bliskim leczenie poza kolejką i na preferencyjnych warunkach. Nie zainteresowało to ani CBA ani prokuratorów, którzy w sprawie doktora G. wykazywali się wyjątkową „pracowitością”. Rzecznik dyscyplinarny oburzenia Zbigniewa Ziobro i Mariusza Kamińskiego nie podzielił. Uznał, że wypowiedzi sędziego Tuleyi nie naruszają prawa ani nie uchybiają godności sędziego – odmówił wszczęcia postępowania.
 Szkodliwe dziwactwa
Sędzia Tuleya w ustnym uzasadnieniu mówił, że „dziwactwa” przy prowadzeniu śledztwa nie mogą przekreślać wszystkich jego ustaleń. Dlatego wydał wyrok skazujący. Tradycją Pitawalu jest analizowanie postępowania prokuratorów, którzy reprezentując Urząd Prokuratorski powinni stać na straży prawa. Ta sprawa także pod tym względem jest nietypowa. W roli oskarżycieli publicznie nie przed sądem wystąpili szef CBA i minister sprawiedliwości . Występujący przed sądem prokurator Przemysław Nowak mówił zaś tak: „Zanim w sądzie złożono akt oskarżenia ferowano w niej wyroki, robili to politycy, media, opinia publiczna. To prokurator apelował, by tę sprawę, która stałą się „medialnym widowiskiem”  oceniać „na chłodno i bez emocji”. 
Widowisko zaczęło się w lutym 2007 roku jak u Hitchcocka – od trzęsienia ziemi, a później napięcie już tylko rosło. Doktor Mirosław G. jest znanym kardiochirurgiem o niekwestionowanych dokonaniach zawodowych – zarówno w kardiochirurgii jak transplantologii. Po prof. Zbigniewie Relidze objął stanowisko szefa kliniki kardiochirurgii w warszawskim szpitalu MSWiA. 14 lutego o poranku funkcjonariusze CBA wyprowadzili go ze szpitala w kajdankach, na oczach pacjentów. Akcję mogli zobaczyć wszyscy, w najdalszych zakątkach Polski gdyż materiał filmowy z wydarzenia natychmiast został przekazany dziennikarzom. Produkcja filmowa w tej sprawie kwitła. Powstało ponad 500 godzin nagrań mających być dowodami korupcji lekarza. Były zdjęcia gotówki (niby z łapówek) znalezionej u doktora i w domu jego rodziców, z którymi od lat nie mieszka,  butelek alkoholu i innych „dowodów winy”. Przed sądem wyszło na jaw, że…. montaż czyni cuda, gdyż sytuacje pokazane w tych „utworach” w istocie wyglądały zupełnie inaczej. Reżyser chciał zbudować napięcie, tyle, że pomylił gatunki – to nie była fabuła tylko news.
No i jeszcze komentarz, który w zamierzeniu autorów chyba miał być informacją…. Szef CBA Mariusz Kamiński mówił: „Okazało się, że doktor Mirosław G. jest bezwzględnym, cynicznym łapówkarzem. Zebrane w tej sprawie dowody mogą też świadczyć o tym, że mogło dojść do zabójstwa. Minister Zbigniew Ziobro wtórował „Nikt już nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. W tym czasie funkcjonariusze ciężko pracowali, by słowa szefów zyskały stosowny wymiar. Taśmowe przesłuchania trwające do późnej nocy, coraz to nowi świadkowie. Ci którzy nie chcieli zeznawać przeciwko doktorowi sami otrzymywali zarzuty wręczenia łapówek. Inni ochoczo mówili o wyrzeczeniach ponoszonych po to by doktor leczył ich bliskich. Weryfikacja tych hurtowych zeznań przez biegłych była bezlitosna. Okazało się, że niektórzy świadkowie cierpią na zaburzenia psychiczne i konfabulują. Ale to nie przeszkodziło w sformułowaniu zarzutów na podstawie ich słów. Później przyszła pora na przesłuchania personelu. Te oficjalne i… nieco mniej. Do akcji włączył się bowiem tzw. „Duży agent Tomek”, który dzięki bardzo bliskiej zażyłości z jedną z pielęgniarek zdobywał coraz to nowe i dowody. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że to doktorowi G. zarzucano iż miał wykorzystywać seksualnie córkę jednej z pacjentek, w zamian za leczenie matki. Ten zarzut z czasem upadł podobnie jak inne. Nim to się jednak stało minister Zbigniew Ziobro  nie krył radości, że „sprawa dotarła do funkcjonariuszy CBA dzięki inicjatywie środowiska medycznego”.
Początkowo prokuratura przedstawiła doktorowi 3 zarzuty – zabójstwa pacjenta, korupcji i znęcania się psychicznego i fizycznego nad personelem.
(śródtytuł) W oparach absurdu
Mirosław G. w areszcie spędził trzy miesiące. W tym czasie „sprawa doktora G.” zaczęła nabierać nieoczekiwanego wymiaru. Lekarze nie kryli, że prokuratorskie zarzuty są absurdalne. – Gdyby przyjąć te kryteria, które przyjmuje prokurator, to ja popełniłem wiele „morderstw”, bo operowałem chorych, którzy nie mieli szans przeżycia kilku dni i niektórzy z nich zmarli – mówił prof. Antoni Dziadkowiak z krakowskiej kliniki kardiochirurgii, którego wychowankiem był Mirosław G. Oburzenia nie krył też prof. Zbigniew Religa. Wprawdzie plotkowano, że ma za złe doktorowi G., że to on a nie syn profesora objął klinikę kardiochirurgii w szpitalu MSWiA, ale w sprawie zarzutów wobec Mirosława G. nie miał wątpliwości „dranie i świnie są w każdym środowisku – niestety także lekarzy – komentował ówczesny minister zdrowia. Naczelna Rada Lekarska w liście otwartym skierowanym do Sejmu Senatu , państwowych instytucji i mediów apelowała o „przeciwdziałanie degradacji polskiej transplantologii”, wokół, której wytworzono atmosferę działania poza prawem, na szkodę potencjalnych dawców narządów. Stawało się jasne, że spektakl reżyserowany przez ministra sprawiedliwości i szefa CBA przynosi coraz więcej szkód. Tym bardziej, że dowody coraz bardziej „wietrzały”. Sąd, który miał zdecydować o przedłużeniu aresztu dla lekarza uznał, że „nie zachodzi prawdopodobieństwo by dr Garlicki kogokolwiek zabił”. Tę opinię podzielił też sąd apelacyjny. Kiedy zapadłą decyzja, że lekarz może opuścić areszt po wpłaceniu kaucji 350 tys. zł. głos zabrał sam Jarosław Kaczyński grzmiąc: „Osoby, które stają w obronie kardiochirurga Mirosława G. w rzeczywistości bronią elit i grup interesów”. Jakich elit i grup interesów, czy pacjentów oczekujących na transplantację? Tego szef PiS nie powiedział. Kilka tygodni później na jaw wyszło, że funkcjonariusze CBA nadali sprawie doktora G. kryptonim Mengele… Tym razem wybuchł prawdziwy skandal.
Doktor Mirosław G. wygrywa kolejne sprawy zarówno przed sądami – ze Zbigniewem Ziobrą, którego pozwał o odszkodowanie za naruszenie dóbr osobistych, czy z dziennikiem „Fakt”. Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał, że  orzeczenie o aresztowaniu Mirosława G. prokuratura wydała naruszając Europejską Konwencję Praw Człowieka i podzielił pogląd lekarza o poniżającym traktowaniu podczas zatrzymania. Za te „dziwactwa” zapłacimy wszyscy, bowiem Trybunał orzekł, że Państwo Polskie w ramach odszkodowania ma zapłacić Mirosławowi G. 8 tys. euro. To nie jedyne koszty. Prokuratura wycofała się z zarzutów zabójstwa wobec lekarza po kosztownych ekspertyzach m.in. sporządzonej przez niemieckiego profesora kardiochirurgii Rolanda Hetzera.
Upadł też zarzut lobbingu pracowników. Szkoda, że nie wywołał dyskusji dotyczącej wymagań wobec współpracowników i dyscyplinie pracy. Jedynie część zarzutów korupcyjnych obroniła się przed sądem. Sędzia Igor Tuleya zgłosił prokuraturze zastrzeżenia dotyczące sposobu prowadzenia śledztwa. Warszawska prokuratura okręgowa uznała, że „nocne przesłuchania nie były konieczne, lecz…. prawnie dopuszczalne”, jednak wyjaśnieniem do końca tej historii zajmie się prokuratura w Ostrołęce. Nieprawidłowości mają wyjaśnić także postępowania w CBA. Tymczasem tę burzę rozpętali politycy. I… jak w starej piosence „wkrótce znów wybory….”.


sobota, 17 października 2015

Polityczna kalkulacja

 Jest rok 2004 prokuratura rejonowa Katowice-Centrum-Zachód dostaje sygnały, że Barbara Kmiecik – jedna z najbogatszych i najbardziej wpływowych postaci na Śląsku, nie bez powodu zwana „śląską Alexis”, wyłudza pieniądze od firm zajmujących się likwidowaniem szkód górniczych. Ich działania były dotowane przez rząd. „Alexis” za godziwą gratyfikacją miała te dotacje „załatwiać”. Sprawa trafiła do prokuratora Jacka Krawczyka. Sprawdził „rewelacje” także te, że w załatwianiu dotacji pomagać miała Barbara Blida i Jacek Piechota, bo na nich powoływała się Barbara Kmiecik, odwiedzając firmy likwidujące szkody górnicze. Sprawdził dokładnie. Okazało się, że wprawdzie Alexis pożyczyła Blidzie 100 tys. zł. na wybudowanie basenu w willi w Szczyrku, ale wszystko odbyło się lege artis i nie ma śladu, by miało jakiś związek z wyłudzeniami. Nawet Urząd Skarbowy, do którego zwrócił się prokurator zastrzeżeń do umowy między paniami nie miał. Panie zaś znały się kilkadziesiąt lat, przyjaźniły co dla nikogo tajemnicą nie było. Na owym etapie śledztwa wydawało się, że przyjaźń datująca się z czasów kiedy Blida żadnej publicznej funkcji nie pełniła, a Kmiecik nawet nie marzyła o interesach karalna nie jest. Tym bardziej, że z ustaleń śledztwa wynikało, że Alexis z żadnej protekcji korzystać nie musiała. Udało jej się zdobyć listę firm, które rządowe dotacje miały przyznane, tyle, że jeszcze nie wiedziały, iż decyzja już zapadła. Szła do nich i obiecywała, że „sprawę załatwi” za godziwą gratyfikację oczywiście. Jej koneksje były powszechnie znane, więc nikogo nie dziwiło, że była skuteczna… Nikomu też do głowy nie przyszło, że dotacje już są przyznane. Pani Kmiecik trafiła do aresztu w lutym 2005 roku. Prokurator Krawczyk znów miał pełne ręce roboty. Po aresztowaniu Alexis do prokuratury zgłosił się Ryszard Zając, były poseł SLD, dziennikarz i przy okazji… współpracownik Alexis. Jego rewelacje o kontaktach byłej szefowej z politykami i łapówkach jakie im wręczała wymagały dalszych wyjaśnień. Lista nazwisk była długa i różnorodna – od Barbary Blidy po Zbigniewa Wassermana. Prokurator wyjaśniał, a moda na polityczne afery sięgała zenitu. W kampanii wyborczej, która właśnie trwała, PiS występował pod sztandarami walki z korupcją i układem. Główną rolę grał Zbigniew Ziobro – nieustraszony pogromca Lwa Rywina i lewicowych polityków przed sejmową komisją śledczą. Mijały miesiące a Barbara Kmiecik siedziała w areszcie. Mimo licznych koneksji nikt nie interweniował w jej sprawie. O co z resztą jak później sama przyznała miała ogromne pretensje. Nawet jej przyjaciółka – Barbara Blida zerwała z nią wszelkie kontakty. Rozgoryczona Kmiecik napisała list do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego ze skargą na przedłużające się aresztowanie. A to już dla prokuratora prowadzącego śledztwo sprawa poważna, tym bardziej, że i tak trzeba było podjąć decyzję dotyczącą tego śledztwa. Nieubłaganie zbliżał się termin, w którym trzeba było wystąpić do sądu o jego przedłużenie, albo pisać akt oskarżenia. A prokurator Krawczyk na zamknięcie śledztwa aktem oskarżenia gotowy jeszcze nie był. Do bezpośredniego przełożonego prokuratora Krzysztofa Sieraka miał więc dwie sprawy - jak odpowiedzieć na list Kmiecik do Kwaśniewskiego i gotowe już pismo do sądu z wnioskiem o przedłużenie śledztwa o kolejne pół roku. (śródtytuł) Narodziny układu Sprawa była delikatna także dlatego, że już wiadomo było iż Zbigniew Ziobro zostanie ministrem sprawiedliwości, zaś w jego ekipie znajduje się pochodzący z Katowic prokurator Bogdan Święczkowski. Faktycznie później został szefem ABW. Awansowali też inni katowiccy prokuratorzy – Grzegorz Ocieczek, Tomasz Janeczek i sam Krzysztof Sierak. W listopadzie 2005 prokuratorzy z prokuratury rejonowej omawiający sprawę Barbary Kmiecik mogli jedynie kalkulować co się stanie. Jaka była to kalkulacja? Prokurator Krzysztof Sierak długo przekonywał sejmową komisję badającą okoliczności śmierci Barbary Blidy, że nie miał pojęcia iż w sprawie Barbary Kmiecik przewijają się politycy, bo w ogóle nie zaglądał do akt… Dopiero kiedy okazało się, że na tych aktach widnieje jego odręczna adnotacja ze szczegółowymi poleceniami dla prokuratora Krawczyka „uświadomił sobie” iż o tym, że zapoznał się z aktami śledztwa ale o tym po prostu zapomniał. Pamiętał natomiast prokurator Krawczyk, który nie miał wątpliwości, że to właśnie Sierak polecił mu zająć się dokładnie wątkiem dotyczącym Barbary Blidy. Powstało oficjalne postanowienie o wszczęciu śledztwa. Tyle, że choć Krawczyk prowadził sprawę nie on je podpisał. Zrobił to inny prokurator prokuratury rejonowej – Jarosław Wilczyński. Kiedy Krawczyk zobaczył dokument przed sejmową komisją śledczą nie krył zdumienia. To nie był jego podpis. Prokuratura, która zajęła się podejrzeniem iż dokument został sfałszowany nie dopatrzyła się znamion przestępstwa. Ujawniła natomiast, że zwykłą praktyką było podpisywanie dokumentów „w zastępstwie”. Szkopuł w tym, że zajmujący się sprawą Krawczyk mógł to zrobić sam. Nie zrobił. Nim zamknął śledztwo w sprawie Barbary Kmiecik wątek dotyczący korumpowania polityków rozpatrywany był przez niemal trzy miesiące. Nijak nie udało mu się znaleźć sposobu jak niejasne pomówienia przekuć w dowody, które można by było przedstawić przed sądem. Kiedy w styczniu 2006 roku Krawczyk zamknął sprawę i skierował przeciwko Alexis i tylko Alexis akt oskarżenia do sądu rozpętało się piekło. Krawczyk długo tłumaczył przełożonym – Krzysztofowi Sierakowi i Krzysztofowi Błachowi dlaczego podjął taką decyzję. I ich nie przekonał. Sprawa trafiła szczebelek wyżej – do prokuratury okręgowej, do której awansował też Krzysztof Sierak. (śródtytuł) Deal z Alexis Tajne śledztwo powierzono prokuratorowi Emilowi Melce. Zaczęło się jakże pięknie – w kręgu zainteresowania śledczych znaleźli się Marek Borowski, Krzysztof Janik, Wacław Martyniuk i oczywiście Barbara Blida czyli czołowi politycy SLD. Ryszard Zając ponownie przesłuchiwany w charakterze świadka tym razem Zbigniewem Wassermanem już się nie zajmował. Wprawdzie nie widział żeby Alexis Blidzie dawała jakieś pieniądze, ale barwnie opowiadał jak to dawna szefowa skarżyła się na „pazerność” swojej przyjaciółki. Szkopuł w tym, że Barbara Kmiecik tych rewelacji nie potwierdziła, choć w areszcie siedziała ponad rok. W maju 2006 roku zajęli się nią agenci ABW. I pojawia się światełko w tunelu – wyjdzie na wolność pod warunkiem, że… obciąży Barbarę Blidę. 15 miesięcy spędzonych za kratami zrobiło swoje. Alexis się zgodziła, ale prokurator Melka nie. A to kłopot… nie ma wniosku, Alexis zostaje w areszcie,, nie ma dealu… No ale rzecz dzieje się w Katowicach. – Nie po to ma się swojego prezesa (sądu), żeby takich rzeczy nie można było załatwić – meldował później premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu szef ABW Bogdan Święczkowski. Owym „swoim” prezesem, była Małgorzata Ślwińska, prywatnie żona szefa katowickiej delegatury ABW, tej samej, której oficerowie zawarli deal z Barbarą Kmiecik i który był podwładnym Bogdana Święczkowskiego. W tej sytuacji sąd sam z siebie, bez wniosku prokuratury uchylił areszt wobec Alexis. Jej opowieści nie przekonały jednak prokuratora Melki. Próbuje weryfikować informacje o 80 tys. Zł, które Barbara Kmiecik miała zapłacić za umorzenie długu własnej firmy w Rudzkiej Spółce Węglowej, ale… ów dług umorzony nie został. Za co więc miałaby być ta łapówka? Przełożeni z efektów pracy prokuratora Melki nie są zadowoleni. Jesienią 2006 roku pod pretekstem prowadzenia sprawy katastrofy budowlanej w hali Międzynarodowych Targów Katowickich zostaje odsunięty od śledztwa. (śródtytuł) Zespół wespół Sprawę przejmuje prokurator Tomasz Balas. Jednak nie sam. Choć inne, znacznie większe sprawy prowadzą po prostu prokuratorzy do jego śledztwa zostaje przydzielonych trzech asesorów. Każdy otrzymuje swój wątek, który ma zbadać dogłębnie. Wiodące są dwa: „nieprawidłowości w funkcjonowaniu szeroko pojętej lewicy” i „finansowanie Barbary Blidy przez Barbarę Kmiecik”. Małgorzata Karczmarczyk-Suchan, która zajmuje się bezpośrednio sprawą Barbary Blidy jest coraz bardziej skonsternowana. Alexis co i rusz zmienia zeznania, z jej opowieści zarzutów przeciwko byłej posłance logicznie nie da się sformułować. W tym czasie sprawą Barbary Blidy zajmuje się aż 8 agentów ABW. Inwigilacja, podsłuchy, spotkania ze znajomymi byłej posłanki i rozpuszczanie informacji, że są przeciwko niej mocne dowody i już wkrótce trafi za kraty. O sprawie zaczynają pisać gazety. Ówczesna wiceminister sprawiedliwości Beata Kempa powie później w Sejmie: „Presji nie wytrzymują przestępcy” – co można zrozumieć jako potwierdzenie, że były to zaplanowane działania, by złamać Barbarę Blidę, zastraszyć, zaszczuć. Ową presję czuli także prokuratorzy. „Samo zainteresowanie ze strony przełożonych, ilość spotkań rozmów było rzeczą niespotykaną w innych sprawach, może z wyjątkiem Orlenu. Odniosłem wrażenie, że prokurator okręgowy stara się nas kontrolować – zeznawał przed sejmową komisją śledczą prokurator Tomasz Balas. Ujawnił, że zwierzchnicy narzucili grupie prokuratorów termin zatrzymania Barbary Blidy. Kiedy zarówno Balas jak Karczmarczyk – Suchan stwierdzili, że nie ma podstaw do zatrzymania Barbary Blidy. Tym bardziej, że Barbara Kmiecik wycofywała się z oskarżeń. Szef prokuratury apelacyjnej Tomasz Janeczek zbeształ swoich podwładnych że „nie dorośli do tego by być prokuratorami”. Rzeczywiście nie pojęli bowiem, że nikt nie pyta ich czy zatrzymać Blidę. Ta decyzja już zapadła – w Warszawie. (śródtytuł) Ojciec chrzestny - Na szczytach władzy istniała zorganizowana grupa przestępcza. Te nasiadówy miały nieformalny charakter i żywo przypominały mi gangsterskie spotkania w „Ojcu chrzestnym” – mówił pełnomocnik rodziny Blidów mecenas Leszek Piotrowski. Relację z ich przebiegu znamy z pierwszej ręki – od Janusza Kaczmarka, byłego szefa MSWiA, który w tych konwentyklach uczestniczył. Wraz z nim szefowie ABW, CBA, komendant główny policji, prokurator krajowy i oczywiście minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. W łódzkiej prokuraturze badającej sprawę śmierci Barbary Blidy Kaczmarek szczegółowo opisał takie spotkanie, które odbyło się kilkanaście dni przed zatrzymaniem Barbary Blidy. Spotkanie odbywało się późnym wieczorem. Spośród PiS-owskich speców od bezpieczeństwa nie było jedynie Zbigniewa Wassermana – ówczesnego koordynatora ds. służb specjalnych. Minister Ziobro uważał bowiem, że Wasserman „ma długi język”. Tajemnicą poliszynela był konflikt obu panów. Plan był prosty – Barbara Blida miała stać „się twarzą” „mafii węglowej”. A kiedy „trochę posiedzi i zmięknie” miała dać wyjście na Leszka Millera i innych polityków lewicy. „Pokazanie tego układu wystarczy za wszystkie inne” – według Kaczmarka miał powiedzieć na tym spotkaniu Jarosław Kaczyński. Przestrzegł jedynie Zbigniewa Ziobrę, by dowody były mocne bo inaczej zrobi się z tego sprawa polityczna. I zdecydował, by Blidy nie pokazywać w kajdankach… Argumenty Kaczmarka, że materiał dowodowy jest zbyt słaby nie znalazły uznania. Klamka zapadła. Maszyna poszła w ruch, agenci i prokuratorzy dowiedzieli się o ustalonym wcześniej terminie zatrzymania. Był ważny, bo prawdopodobnie dla potrzeb medialnych połączono dwie sprawy dotyczące nieprawidłowości w górnictwie, tak by zatrzymań było więcej a „mafia” robiła wrażenie. Specjalna ekipa „filmowa” ABW jechała z Warszawy, by przygotować materiał do mediów o aresztowaniu byłej posłanki. Prawdopodobnie miał być ilustracją dla konferencji prasowej Zbigniewa Ziobry, która miała się odbyć w związku z rozbiciem mafii węglowej. Medialna oprawa była perfekcyjnie przygotowana. Żoną Zbigniewa Ziobro jest nadzorująca w owym czasie informacje w telewizji publicznej Patrycja Kotecka… (śródtytuł) Prokuratura od cudów Tymczasem wszystko poszło nie tak. Barbary Blidy nie wyprowadzono wprost przed czekającą kamerę. Padł feralny strzał. Posłanka zginęła. Okoliczności jej śmierci bada łódzka prokuratura. Wyjaśnia dlaczego policyjna ekipa została dopuszczona na miejsce zdarzenia dopiero po kilku godzinach. Jakim cudem na broni z której padł strzał nie zachowały się żadne odciski palców, choć wiadomo, że pistolet trzymała w ręku i Barbara Blida i jej mąż. Cudów do wyjaśnienia jest więcej, bo oto proch na kurtce funkcjonariuszki, która jak twierdzi w chwili strzału była zaledwie kilka kroków od byłej posłanki i proch na ciele zmarłej to dwie różne substancje. Niemożliwe by pochodziły z jednego i tego samego wystrzału. Jest też kwestia dziwnego toru pocisku i tego, że funkcjonariuszka nie słyszała strzału… Hipotez wiele – na ich wyjaśnienie trzeba wszak poczekać. Znamy już natomiast ustalenia sejmowej komisji śledczej, która badała okoliczności śmierci posłanki pod kątem prawidłowości działania organów państwa. Jednym z jej wniosków było skierowanie sprawy Zbigniewa Ziobry i Jarosława Kaczyńskiego do komisji odpowiedzialności konstytucyjnej. Osobną długą listę stanowią nieprawidłowości w działaniach prokuratury i ABW. Ta sprawa stała się trampoliną dla prokuratorów „posłusznych” takich jak Krzysztof Sierak i końcem kariery tych niepokornych jak Jacek Krawczyk, którzy nie chcieli stawiać Barbarze Blidzie zarzutów. Symboliczny finał sprawa Barbary Blidy znalazła 7 listopada 2012 roku. Wówczas katowicka prokuratura wycofała zarzuty i umorzyła śledztwo przeciwko Zbigniewowi Rudzkiemu, byłemu prezesowi Rudzkiej Spółki Węglowej, któremu Barbara Kmiecik rzekomo za pośrednictwem Barbary Blidy miała wręczyć 80 tys. zł. łapówki. Ta decyzja oczyszcza Barbarę Blidę z wszelkich podejrzeń. Pięć i pół roku za późno… Anna Kwiatkowska

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Czarno-biała

Uhuru Keniatę poznałam przy okazji filmu o polowaniach, kłusownictwie i… turystyce we wschodniej Afryce. Z pewną nieśmiałością jechałam na spotkanie z synem legendarnego Jomo Kenyatty. W dodatku noszącym imię „Niepodległość”. Cóż ja poradzę, że jakoś Wiktoria (Wałęsówna) na mnie robiła mniejsze wrażenie – w sensie imienia oczywiście. Uhuru był naonczas ministrem od turystyki. Biuro miał w mało wyjściowym baraku przy autostradzie. Za to znakomicie zorganizowane. Parę biur widziałam, więc wiem. Bezpośredni, otwarty, wykształcony. Palił moje cienkie mentolowe papierosy i przed kamerą wypadał znakomicie. Wywiad jak wywiad myślałam sobie, choć w katalogu postaci, które dzięki najpiękniejszemu zawodowi świata dane mi było poznać zajął poczesne miejsce. Zauroczył mnie kiedy jakiś czas później na największych targach turystycznych czyli ITB w Berlinie nie tylko mnie poznał ale autentycznie ucieszył. Biegaliśmy po afrykańskich stoiskach – to znaczy Uhuru biegał, bo mnie po prostu „zarzucił sobie na plecy”. Powtarzał wszystkim „zobaczcie ona ma białą skórę i czarne serce”. Tak Uhuru. Wypalił wówczas morze tych cienkich mentolowych a owo „czarne serce, biała skóra”, akurat z jego ust, dość istotnie zmieniło moje postrzeganie i siebie i świata. Chwilę później Uhuru kandydował na prezydenta Kenii. Był 2002 rok. Kibicowałam mu po cichu, choć wszyscy moi kenijscy przyjaciele powtarzali – „za młody, nie wygra, bo prezydent musi być mze”. A jednak Uhuru startował, zdobył sporo głosów ale oczywiście nie wygrał. Moja „biała skóra” i europejska dusza się buntowała. Uhuru z polityki nie zniknął. Został szefem partii. W kolejnych prezydenckich wyborach oddał głosy… swojemu przeciwnikowi z poprzedniej kampanii. Mze Kibakiemu. I polała się krew. Kiedy nasze kochane informatory rozwodziły się nad niemoralnością owego Kenyatty moje czarne serce krwawiło, a biała skóra się wściekała. Fajnie tak nic nie wiedząc z dużego dystansu opowiadać bzdury. Z resztą takie same jak o bardzo bliskiej naszej polityce. Uhuru został ministrem i wicepremierem. Został oskarżony przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym o… ludobójstwo. Zasądzono mu polityczną odpowiedzialność za krwawe rzezie nad Naiwasha i Nakuru. Pozbawiono go członkowstwa w partii, a mimo to… w 2013 roku został wybrany prezydentem Kenii. W pierwszej turze. Ma 54 lata. Uznano że już jest mze… Starym mądrym, godnym szacunku człowiekiem. Doświadczonym. Uhuru nie powinien na mnie zrobić aż takiego wrażenia po Raymondzie Matibie. Raymonda poznałam podczas pierwszej podróży do Kenii. W hotelu, w którym się zatrzymaliśmy był odpowiedzialnym za opiekę nad dziennikarzami „oficerem”. Mówiąc krótko nosił statyw i był bardzo miły. Kenneth Matiba – jego ojciec był ministrem spraw wewnętrznych u Jomo Kenyatty. A Raymond naówczas, jednym z najbogatszych ludzi Afryki. Pominę, że podobnie jak Uhuru skończył prestiżowe brytyjskie i amerykańskie uniwersytety. Raymond – dziedzic majątku Matibów po prostu tegoż majątku i jak on działa nauczyć się musiał w rodzinnym biznesie. Na marginesie on również jak ojciec miał romans z polityką. Jednak krok po kroku. Te afrykańskie historyjki chodzą za mną w związku z Panią Ogórek. Pewnie nie zrobiłaby na mnie wrażenia ta cała sytuacja gdyby nie to, że moje czarne serce mam po lewej stronie od zawsze. Z nazwiska Pani Ogórek jak jej obrońcy twierdzą „kpić” nie zamierzam, choć sądzę, że w tej całej sytuacji poczucie humoru, dystans i odrobina fraternizacji dobrze by wszystkim (i kandydatce i wyborcom) zrobiła. Taka kampania a rebours. Na serio bowiem, że zacytuję „Facetów w czerni” „….jak rany”. Chowam się w moich afrykańskich historiach bo czuję się zlekceważona jako obywatel i zasmucona kobietą będąc. Prezydent to bodaj najwyższy urząd w MOJEJ Polsce. Uprawnienia premier ma większe, ale prestiż jednak prezydent. I tak nie chcę koniecznie „mze”, młody Kenyata byłby lepszy dla mojej duszy europejskiej niż Kenyata po 50-tce, ale… Stopnie naukowe prestiżowych (NO WŁAŚNIE PRESTIŻOWYCH) uczelni to jedno a doświadczenie drugim. Gdyby lewica traktowała serio i mnie i Panią Ogórek, to Pani Magda od czasów kiedy jej talent odkryto w MSW (jakieś 10 lat temu) coś by zorganizowała, piastowała, gdzieś występowała, dała się poznać krótko mówiąc. A to by dała się poznać, to znaczy, że Jej by dano szansę by się wykazała. Pani prowadziła program w TVN, czy innej telewizji, jest żoną niegdysiejszej „nadziei lewicy” no i jest wiecznie młoda i ma parę fotek z celebrytami politycznymi o zabarwieniu różowym. Pani Magda czyli kolejny eksperyment jak Olejniczak i Napieralski, albo jak pani Lidia Geringer de Oedenberg. Miałam z nazwisk nie kpić, ale oba równie nieszczęśliwe PR-owo. Analizować dlaczego nie będę, chyba, że na zamówienie, z równie godną zapłatą jaką Radek Sikorski (absolwent Oxfordu) daje swoim kumplom za konsultacje z… angielskiego. Smutno mi, bo na Panią Ogórek nie zagłosuję. Może w następnych wyborach jak mnie do siebie przekona i nie zniknie ze sceny politycznej. Smutno mi, bo nie mam swojego kandydata. Smutno mi w moim czarnym sercu i w mojej białej skórze. Smutno mi….

środa, 30 lipca 2014

Skurczony świat

Całkiem niedawno Warszawie, przywrócona powtórnie, odkrywam jej cudowne zalety. Choćby tę że wieczorem z przyjaciółmi na piwo wyskoczyć można. Kiedyś to było „spotkanie” i obowiązkowo samochodem, więc bez wspomagania procentowego. A teraz, że zacytuję debatę w sprawie wyboru miejsca: „o można tam na rowerze?” „OK….”, „No nie lepiej na nogach”. Na nogach, to naonczas, kiedy na basen się w te strony chodziło, było blisko. Przez plac, mała uliczka, potem ulica co tam ulica – przejście dla pieszych rozbudowane i już tylko parę kroków. Spacerek ten dzisiejszy miał być sposobem na spalenie piwnych kalorii. I był… Na rowerze to bowiem zaiste blisko, na nogach takie małe „wiosłowanie z zadyszką”. Dystans czasu (przeżytego) do odległości (przebytej) miłym nie jest. Na podróże, w rozmowie zeszło automatycznie. Gdzie jesienią (to już za chwilę) ciepło i tanio. Tam gdzie czartery i kurorty, więc Kenia (moja ukochana), Meksyk, Dominikana, Sri Lanka… Kenia hmm... niebezpieczna (bo wiemy, że całkiem niedawno terroryści wysadzili w powietrze centrum handlowe). Sri Lanka? Sri Lanka lat temu kilka – jechaliśmy na rafting w góry. Jakoś tak mi się nie wzięło komórki – została w sejfie, chyba lepiej niźliby się utopiła? Było cudnie i emocjonująco i tak dzień cały, bo lunch i spacerek po górach. Całkiem o przyzwoitej porze wróciliśmy, odpaliłam komórkę. Multum wiadomości, te głosowe trącące histerią – „Odezwij się” „Żyjecie?” „Jak tam jest?” – (to ostatnie zaprzyjaźniona redakcja). - Ale o co chodzi? – pomyślałam, wybierając kieckę na kolację). Za oknem cisza. Kelnerzy hotelowi właśnie zapalali świeczki na stołach w restauracji, żeby zrobić nastrój. Moja dziennikarska dusza podpowiedziała by włączyć telewizor. Na „pierwszym” telewizja lankijska. Zakrwawiona twarz, wygięte w agonii żelastwo. Nic nie rozumiem… Przełączam na BBC. Obrazki te same. Zamach terrorystyczny, trzy autobusy, setki rannych i zabitych. Dzwonię najpierw do biura. Nienawidzę siebie za ten „profesjonalizm”, albo strach, bo do Rodziców po prostu boję się zadzwonić. Potrzebuję „szczepionki”. W słuchawce histeryczne „Nareszcie, co się stało? Są ranni, zabici?” „Tak włącz BBC” mam ochotę odpowiedzieć. – Nic takiego, zostawiłam w sejfie komórkę, wszyscy zdrowi, od Was wiem o zamachu – myślę jak to powiem Ojcu, albo Mamie. Kto odbierze. – Jak to, włącz telewizję… - Mam włączoną. To było prawie dwieście kilometrów od nas!!!!! Byliśmy na raftingu. To jak z Warszawy do Olsztyna – tłumaczę. – Jak to, nic się nie stało? (wolę nie myśleć jak mogła by brzmieć odpowiedź) – Nie, tak możesz odpowiadać… Schodzę na dół, bo kolacja. –Zadzwońcie do domów, Wasi Bliscy to też oglądali. W Colombo był zamach bombowy, trzy zamachy. Jest dużo ofiar. Powiedzcie, że nic Wam się nie stało – swój głos słyszę jak z radia. Odpowiadam na pytania, żartuję. Wychodzę na papierosa. – Cześć Mamo – mówię kiedy tylko słyszę „halo”. Cisza jest krótka. – Co tam u Ciebie? – Dobrze. Oglądałaś TV? – Tak. - Był zamach na Sri Lance – Odpowiada mi cisza i może tylko mi się wydaje, że słyszę w niej łzy, napięcie… - Tak był dwieście kilometrów od nas. Nic nie wiedziałam, Widziałam to tylko w TV. Nic nie wiem, jesteśmy bezpieczni, nie było nas w Colombo. To daleko…. Rozmawiamy o codzienności. Jak minął dzień, mi i Rodzicom. Nie dzwonię każdego dnia. Rozmawiamy tak krótko, bo to drogo… Tęsknimy, ufamy, przecież nie kłamię, że nic nie wiedziałam. Mama to wie i wie ile to jest 200 km (wierzę, mam nadzieję!) Kilka lat wcześniej. Safari w Kenii. Gerenuki, Samburu. Staruszek, którego wieźliśmy do lekarza… Upojeni Afryką, pełni wrażeń wracamy do Nairobi. Miasto, ruch na ulicach. „Koguty” wyją niemiłosiernie. „Śmigają” karetki. – Coś się stało – pytam retorycznie. – Nie wiem – James grzebie przy radiu, mówi w suahili – Nic nie rozumiem, nie wiem – „uświadamia mnie” po angielsku. Lotnisko. Mombasa, wilgotne gorące powietrze. 60 km lamp naftowych i ciemnych zarysów palm na nieco jaśniejszym niebie. – Witaj w domu – Joseph podaje mi rękę, uśmiecha się. Tak jestem w domu. – Chris co się stało w Nairobi? – już nagadaliśmy się o tym co było jak mnie nie było. – Nic takiego chyba wybuchł gaz. Dziś lecę do Nairobi, nie nic nadzwyczajnego… Rano telefon. Jedziemy na safari – super. Pod drzwiami „Daily Nation” w celofanowej torebce. Nie patrzę na czołówki, choć zwykle gazetę przeglądam. Wrzucam do kosza. Jest ranek, trzeba się jeszcze spakować. Moja Afryka, prom w Mombasie, spieszący się ludzie, matatu, samochody i „Baobab” czyli cementownia. Koleiny, objazdy. Tsavo, urzekające, suche tym razem. Przez pozbawione liści gałęzie widzę zwierzaki. Jestem szczęśliwa. Janeta siedzi na gzymsie w restauracji. Dostaję marchewkę z groszkiem. – Wiem nie jesz mięsa – śmieje się Jo. Nachyla mi się do ucha – Głupia jesteś- tak czuję się jak w domu. Patrzę w błyszczące w świetle latarki oczy impali. Pachnie dym z ogniska. Rankiem kiedy szarość wydobywa kształty wyganiam z tarasu przed namiotem pawiany. Buyo przynosi kawę. Mijają dni. Na safari czas biegnie inaczej…. I ściskam rękę Trevora. Kati nie ma bo to poranek, ma inne zajęcia. Droga przez busz. Pożegnanie z żyrafą. Zeberki kiwają ogonami. Korek do promu. Wystawna kolacja. Z Chrisem gadamy o tym co ważne, trudne i bolesne w Afryce, o europejskich tęsknotach. Jemy homara i tiramisu. Popijamy znakomitym winem. Świt jest szary i bezlitosny. Na szczęście spakowaliśmy się wieczorem. Palmy jak zwykle swoje pióropusze puszą grafitem na jaśniejącym powoli niebie. Zawsze tak trudno powiedzieć kwaheri. Kwaheri James, kwaheri Africa. Szare lotnisko ze swoimi profesjonalnymi uśmiechami, procedurami. To trzeba przeżyć. Z nudów w hali odlotów biorę do ręki „Daily Nation”. Tylko zdjęcia i krótkie notki. Czołówka to ledwie kilka słów. Zginęli w zamachu na ambasadę amerykańską. Automatycznie rejestruję, zwykłe zdjęcia, zwykłych, szarych ludzi. Nie dyplomatów, nie polityków, ludzi… Patrzyły na mnie ciemne oczy, włosy wiły się w oskarżycielskich tyradach. Pierwsze biogramy tylko musnęłam wzrokiem, kolejne czytałam, mijały minuty…. Kenia jest tak daleko od Polski i taka egzotyczna… Nie, nie było newsów w Polsce. Ambasada amerykańska… Nie, muszę zadzwonić. W Europie będę za 9 godzin, w Polsce za 14… Natychmiast. To był 1998 rok. W Kenii nie działały komórki. Jakieś drobne. Jakiś automat. – Halo, Tata? Tak to ja. Wszystko w porządku, zaraz lecimy… Przepraszam u Was jest nad ranem, tak chciałam Cię usłyszeć. Jak Mama? Nie rozmawiamy. Wyrzucamy z siebie komunikaty. - Szukaliśmy Cię przez MSZ, nikt nic nie wiedział… Pogadamy jak wrócisz. Tak wszystko dobrze, dobrze, że jesteś… Płaczę. Nie chciałam, nie wiedziałam… W samolocie do Nairobi czytam wszystkie biogramy. Lekarka, nauczycielka, pielęgniarka, bezrobotny. Kilkadziesiąt minut, kilka kilometrów…. Nic nie wiedziałam. Nie było mnie tam. Boże jak współczuję ich rodzinom i jak… martwię się o moich To było bliżej niż z domu na Pola Mokotowskie. Nie zdążyłabym złapać zadyszki. I tylko gazeta, którą mam do dziś. Nie było mnie tam, bo od dworca autobusowego i ambasady w Nairobi dzieliło nas kilka kilometrów. A 200 km od Colombo. Czas i przestrzeń wydają wyroki. Zadyszka? Jeden krok? Przeznaczenie? Tak blisko i tak daleko. Dlatego każda chwila, każdy oddech jest ważny. Dlatego nie ma sensu histeryzowanie. Możemy (i powinniśmy!) skazać bandytów, którzy podłożyli ładunki, zestrzelili samolot. Nie powstrzymamy ich, bo to jest życie, a śmierć jest jego integralną częścią. Nam jeśli nadal oddychamy pozostaje refleksja i cieszenie się każdą chwilą. Nawet jeśli dostajemy zadyszki. W każdej sekundzie tworzymy teraźniejszość, która stanie się przeszłością za moment. I ten ułamek sekundy, ten telefon się liczy. Nawet jeśli dzieli nas kilka czy 200 km i tego nie doświadczyliśmy.

sobota, 26 lipca 2014

Będzie taki dzień

Safari jest podróżowaniem – od msafiri, suahilijskiego słowa oznaczającego podróż. Tylko nikt o tym nie pamięta, bo safari uczyniliśmy polowaniem. Zdobywaniem współzawodnictwem, walką o trofeum. I dlatego różny jest cel. W polowaniu to na skróty Wielka Piątka – lew, lampart, nosorożec, bawół, słoń. To lista ustalona przez myśliwych – najbardziej niebezpiecznych i najtrudniejszych do ustrzelenia afrykańskich zwierząt. Tak się składa, że w czasach fotosafari i nieustannego zaboru przez człowieka zwierzęcych terytoriów to także lista zwierzaków, których trzeba po prostu poszukać, żeby je zobaczyć. I oczywiście we mnie też obudziła się żyłka zdobywcy. Pierwszym „terenem łowieckim” był park narodowy Nakuru. Jeden z mniejszych w Kenii i… jeden z nielicznych ogrodzonych. Nakuru to jedno z jezior Wielkiego Rowu Tektonicznego, między którymi wędrują flamingi. Nakuru to też miasto jedno z największych w Kenii, tak blisko jeziora, że park ogrodzono, żeby zwierzaki nie składały odwiedzin w ludzkim królestwie. W parku Nakuru mieszkają w zasadzie wszystkie afrykańskie zwierzaki poza słoniami, bo dla nich obszar parku jest po prostu za mały. Bawoła „upolowaliśmy" tuż przy bramie. Trzy stare samce leniwie wylegiwały się na trawie. Z perspektywy samochodu wyglądały niewinnie i ciapowato. Nie przypominały nieustępliwych wojowników, którzy myśliwego potrafią tropić kilometrami, by rozszarpać go rogami i później stratować bezwładne ciało. Bawołowi można podpaść tylko raz, a później już do końca dni swoich albo myśliwego tropi wroga. Pamięć ma bowiem znakomitą i mściwy jest okrutnie. Te trzy nie wyglądały na takie potwory. Na nozdrzach jednego usiadł sobie ptaszek. A wszystko wokół było odrealnione jak we śnie, albo „Parku jurajskim”. Setki ptaków, zeberki, antylopy, przelatujące nisko pterodaktyle-pelikany. Łyse, brzydkie marabuty. Różowa „koronka” gigantycznych stad flamingów u brzegu jeziora. Lądujących jak hydroplany kiedy ich klucz łączył się z błękitną taflą wody. Zapach ziemi i zwierząt. Upajająca przestrzeń. Jeździliśmy wśród lasu szukając lamparta i lwa. Wydłużały się cienie, ziemia barwiła pomarańczowymi refleksami zmierzającego ku linii wzgórz słońca. Kiedy świat poszarzał James – nasz kierowca, przewodnik i w końcu przyjaciel zdecydował, że wracamy. Bez lwa i lamparta, ale jutro też jest dzień. Leżał sobie na trawiastej równinie. Ciemna grzywa ledwie odcinała się od brunatnej o tej porze dnia trawy. Skóra poznaczona bliznami, śladami po ukąszeniach moskitów, sztywno opinała twarde mięśnie. Drzemał. Lwy drzemią 20 godzin na dobę, więc to nic dziwnego. Miękko zginając potężną łapę gestem kociaka odgonił natrętną muchę. Na chwilę podniósł łeb. Nasz samochód i nas miał dokładnie w nosie. Zdjęcia oczywiście nie wyszły. Za ciemno, choć tak blisko. Ale to był mój pierwszy lew. James nie krył radości. „Afryka Cię polubiła” – powiedział. - Już pierwszego dnia masz swojego lwa. Słonia spotkaliśmy w Maasai Mara. Tam też były całe lwie rodziny. Pierwsze lwie polowanie i śmierć antylopy. Krokodyle czyhające na przekraczające rzekę Mara gnu i zebry. Były dik-diki – antylopki wielkości królika, szakale, hijeny, nawet jakże rzadkie likaony. Tylko lamparta nie było. Szukaliśmy go wśród drzew, bo tam lamaparta leżakującego na gałęzi spotkać najłatwiej. Nie było… Nie było go też w Tsavo. I choć gepardy z czarnymi śladami łez i całkiem innymi centkami są coraz rzadsze nie cieszyły, bo nie mogły go zastąpić. Lampart – inteligentny, przebiegły majestatyczny. Przed tym wyjazdem do Kenii śp. Piotrek Pronobis opowiadał jak na swoim pierwszym króciutkim safari w Marze został uwięziony przez lamparta. Samochód utknął w błocie a nieopodal na drzewie siedział lampart. Kierowca nie zdecydował się wyjść. Wezwał posiłki ale… nikt lamparta nie straszył, bo nie wolno, a poza tym to jego świat, w którym ludzie są gośćmi. I tak wszyscy czekali aż zwierzak poszedł sobie polować, albo wędrować. Godzin kilka. W tym odrealnionym świecie jak z kadrów National Geographic brak lamparta był jeszcze bardziej dojmujący. Przecież powinien tam być!!! Nie cieszyły już stada gnu, ani pozujące wdzięcznie zeberki, igrające lwiątka i majestatycznie wędrujące słonie. I tak z Afryki wyjeżdżałam tłumacząc sobie, że brak lamparta to znakomity powód, żeby do niej wrócić. Mijały lata. Na lotnisku w Nairobi James witał mnie niezmiennym „Jumbo – witaj w domu”. Miałam swoje knajpy, swoich przyjaciół. Z Jamesem jeździliśmy po coraz mniej uczęszczanych szlakach i najróżniejszych zakamarkach afrykańskiego świata. Z czasem przestaliśmy szukać lamparta. Wracał (jego brak) czasem półżartem, czasem rozczarowaniem. Poznałam afrykańskie żuki czyli Małą Wielką Piątkę. Na najpiękniejszym safari w Tsavo z Mike’m przez dwie godziny siedzieliśmy w stojącym samochodzie popijając szampana i oglądając wyczyny surykatek. Z uroczym studentem z Brighton zakładaliśmy uśpionym lwom obroże z radionadajnikami w ramach światowego programu badania wędrówek afrykańskich drapieżników. Pokochałam Ją, jej zapach, przestrzeń oddychającą miarowo w słońcu, magiczny deszcz malujący zielenią busz, rany – umarłych drzew w Amboseli i czarne blizny po pożarach w Tsavo. Cieszyłam się na każde spotkanie. Coraz mniej Ją znałam i coraz mniej potrafiłam o Niej opowiedzieć. Gadałyśmy za to nieustannie w ciszy czerwonych dróg, o życiu, śmierci, trwaniu i przemijaniu, ciągłości pokoleń, tym co pierwotnie wrażliwe pod maską nieobecnej obojętności, o miłości. Kiedyś wracaliśmy z Maasai Mara. Od naszego pierwszego spotkania minęło bodaj osiem lat. Był środek upalnego dnia. Droga na płaskowyżu wśród traw sawanny. Siedział dokładnie na środku drogi. Jak pies na podkulonych łapach. Piękny, majestatyczny. Czarno-rude rozetki rzucały miedziane refleksy. Lampart. Patrzył prosto na nas. James przyhamował zdumiony. Staliśmy w milczeniu. Lamparta nie powinno tam żadną miarą być. W ciągu dnia leżakują przecież ukryte w cieniu koron drzew. Nie przychodzi im do głowy by narażać się na palące promienie i to jeszcze w niewygodnej pozycji. Lamparty są inteligentnymi hedonistami. W końcu podniósł się i tym niepowtarzalnym wężowym miękkim krokiem powędrował wśród traw. Jeszcze przez chwilę widziałam ich drgające wierzchołki w miejscu gdzie był. Staliśmy tak póki trawy nie umilkły i nie poddały się tańcowi sawanny. James długo o tym rozprawiał. Kiedy żartował, że „to duch” w jego oczach dostrzegłam cień. – Afryka Cię lubi – rozpogodził się. To był mój lampart. I czekał na mnie. Zrozumiałam, że to prezent, bo ona je rozdaje sprawiedliwie i mądrze. Dostałam ich tak wiele wcześniej. Tak wiele chwil, doznań, mądrości. I już wiem, że będzie taki dzień….

czwartek, 24 lipca 2014

Wyznanie wiary

To była moja pierwsza podróż do Afryki. Bałam się jej okropnie, bo… od zawsze Afrykę kochałam. W mojej głowie, „W pustyni i w puszczy”, w historiach dawnych safari i w „Pożegnaniu z Afryką”. Znałam ją tylko z literatury, ale czułam w sercu. Tym drgnieniem fascynacji, którą tak obawiamy się nazwać miłością. Była marzeniem, wyobrażeniem, była we mnie. Aż nadejść miała konfrontacja z rzeczywistością. Prawdziwą Afryką taką jaka jest a nie taką jaką sobie wyobraziłam. Znajomy pilot wycieczek opowiedział mi kiedyś dykteryjkę o pani, która z nim jeździła wielokroć w najróżniejsze zakamarki świata a zawsze chciała pojechać do Brazylii. I nigdy nie pojechała, bo bała się konfrontacji. Ja nie miałam wyjścia. Racjonalne myślenie mi odebrało, bo w sierpniu, najzimniejszym miesiącu wylądowałam w Nairobi w t-shircie i dżinsowej kurtce. Miała być Afryka, więc upały… a było plus 6 stopni… Niemal 2 tys. metrów wysokości robiło swoje. Poza dojmującym zimnem pamiętam przejazd do Karen podmiejskiej dzielnicy Nairobi. Wzdłuż drogi zieleniły się eukaliptusy. W tej sytości wody i intensywnej zieleni, kruchości, jakże podobne do naszych topoli. I tak bardzo chciałam być rozczarowana, a serce drgnęło topolowym domem i już wiedziałam, że wredne w niezależności, nieobliczalne piękno zauważające, pokochałyśmy się, takimi jakimi jesteśmy ,na zawsze. Kolonialnymi, bo jak mnie ktoś zapytał „a kto was skolonizował?” bez zająknięcia wyrecytowałam: Rosja, Austria i Niemcy – to były rozbiory, a nie kolonizacja, ale czyż to nie tak samo? Niezależnymi, bo w tym głuchym milczeniu i uciekaniem wzrokiem Afrykanów i naszym cwaniactwie – bo zawsze się da jak się chce, jest ta sama determinacja. Ta pierwsza podróż to nie było smakowanie, zapachy, przestrzeń, one po prostu się wdrukowały niezauważenie. Ta pierwsza podróż była tak bardzo tu a nie tam, we mnie… Podróż z Mężczyzną i partnerem, który dzień przed wylotem zameldował się w przychodni (prywatnej, bo reforma zdrowia już działała) pod hasłem mam gorączkę i ból gardła. –Musi Pan zrobić badania na malarię – stwierdziła świadomie pani doktor… -Ale ja dopiero tam jadę a nie wracam - rzekł mężczyzna. – Niech Pan się lepiej przebada w kierunku malarii – usłyszał… Wyjechaliśmy więc z zapasem aspiryny, bo jeszcze nie opracowaliśmy systemu pozyskiwania antybiotyków i leków przeciwgorączkowych w podróży. Owo zwykłe przeziębienie , nie leczone, bo miało być malarią, a wiadomo nie mogło być, rozwinęło się w afrykańskich warunkach znakomicie. Do Maasaj Mara Serena Lodge z najcudowniejszym widokiem Mężczyzna dojechał zielony. Termometr miałam – prawie 40 st. Choć to środek buszu telefon działał, spytałam więc w recepcji o lekarza. – No problem, just a minute – odetchnęłam z ulgą. I rzeczywiście pojawił się „in the minute”. Biały kitel wyglądał jakby przeszkadzał. Pacjent też – dotykany opuszkami palców ledwie przy badaniu. – Do you have a lighter? – chciałam podać zapalniczkę, ale w końcu znaleźliśmy latarkę. „Injection” był niezbędny. Igła w żyle, ampułka z proszkiem…. A liquid? – Potrzymaj to – przytknął mi kciuk do igły w żyle – Just a moment… Strzykawka na kocu nie jałowym…. Po chwili która mi wydawała się wiecznością – tryśnie albo nie, wróci albo nie… zastrzyk był zrobiony. Mężczyzna usnął, odleciał…. Ja poszłam do… baru. Doktor też. Zamówiłam whisky z lodem, bez się nie dało bo whisky to lód. Zamówiłam dwa razy. Wzdragał się. Tłumaczył, że to nie dla niego miejsce. Nie chciałam słuchać. – Jesteś moim gościem, on jest moim gościem oznajmiłam. I on i kelnerzy spuścili wzrok. Ja nie miałam pojęcia co zrobiłam i co się stało. To ja zdecydowałam wbrew temu co było ustalone, a oni musieli mnie słuchać, bo tak było ustalone. Gdybym miała wtedy taką świadomość zawahałabym się, ale… to była moja pierwsza podróż do Afryki… Siedzieliśmy z tymi drinkami przed sobą w niezręcznym w milczeniu. How it will be? Zapytałam. Milczał, po chwili spytał mnie o życie w Europie, a ja uparcie how it will be? Jakie życie w Europie? – myślałam. - U Was podobno jest zimno tak, że zamarza woda – zagaił. – Tak zimą. – I co wtedy robicie? Jak ogrzewacie domy? – zapytał. Ja nawet po polsku nie wiem jak działa centralne, mleko jest ze sklepu, mięso na tackach…. Tłumaczyłam coś o kotłowni, gorącej wodzie i rurach. Mało składnie chyba, choć usłyszałam _It’s nice, it’s clever. Spytałam o studia medyczne. – Its expensive out of Africa, I’ve never been. Pomyślałam o tym dożylnym zastrzyku i antymalarycznym leczeniu przed a nie po ani w trakcie. I było mi wszystko jedno. Całą sobą spytałam „panie doktorze czy on wyzdrowieje?” – Czy wierzysz w Boga? – to nie była odpowiedź. Tylko pytanie – wyzwanie, bo nie miał przecież prawa mi go zadawać. Zjeżyłam się w sobie okropnie tak po europejsku, w duchu tolerancji i prywatności sumienia i wyznania. – Czy jesteś chrześcijanką? – uznał że nie zrozumiałam, więc dopytał. Po prostu. Nie ogarnęłam, że to tak topolowo-eukaliptusowo, w bezkresnej przestrzeni Afryki, pierwotności, która jest sensem i prawdą, ale po prostu i automatycznie, bo tak właśnie wierzę i jestem chrześcijanką, bez didaskaliów w sprawie kościoła, odpowiedziałam po prostu i automatycznie – Yes – było mi wszystko jedno, byle wyzdrowiał. Rozjaśnił się w uśmiechu. – No widzisz jak Bóg tak chce to wyzdrowieje. Ja już zrobiłem swoje i nic tu po mnie. Nie wiem… Odsunął pustą szklankę i odszedł. Siedziałam nad kostkami lodu tylko przez chwilę. Okropnie zła, bo „nie dostałam odpowiedzi”. W końcu z tej złości polazłam zwiedzać obóz. Kierowcy grali w siatkówkę, a ja nie ogarniam meczy. Brama, symboliczna, bez zasieków i szlabanów nie zrobiła na mnie wrażenia. Szłam pylistą czerwoną drogą Maasai Mary. Mijały mnie obojętnie jeepy z turystami. Prosta dróżka znudziła mnie okropnie. Wróciłam. Mężczyzna spał i ja poszłam spać…. Nazajutrz na ścieżce, którą szłam tuż obok obozu kierowca pokazał mi świeże ślady lwów. Nieopodal koczowała lwica z lwiątkami. Mężczyzna jak młody bóg po zastrzyku skrupulatnie je filmował. Moje ślady zatarł kurz wieczora i poranka. Ale tam były… dowód głupoty, dowód Kanta ten ostatni… Poranek wstał bez zastrzyków, centralnego ogrzewania i lęku. Nowy, świeży, bez przeszłości. Trwał chwilą rozgrzanego powietrza, cykania owadów i ptaków. Bez wczoraj, choć ono było, mienił się dziś i jutrem. Moim wyznaniem wiary. Oburzyłabym się sto razy i tak bym go nie wypowiedziała. To nie był koniec choroby Mężczyzny. To była moja, nieświadoma rozmowa z Bogiem przez Afrykę, którą odkryłam w sobie i to nie było Jej ostatnie słowo. Wtedy byłam tam pierwszy raz….

wtorek, 17 czerwca 2014

Duma bez uprzedzenia

Simba Hills ma niewątpliwą zaletę – jest blisko Mombasy. Dlatego reklamuje się jako najkrótsze i najmniej kłopotliwe safari. „Na zwierzaki” jednak trzeba pojechać trochę dalej. Kiedy już nasyciłam się migracjami w Maasai Mara, słoniami w Tsavo i gerenukami w Samburu przyszedł czas na Simba Hills. Na „lwich wzgórzach” nie liczyłam na lwy, ale afrykańską „podróż w czasie”. Otóż w latach 60-tych kiedy nastała pierwsza moda na ekologię w Simba Hills powstał hotel na drzewach. Dosłownie. Drewniana konstrukcja zamocowana na wysokości koron drzew a w niej pokoje, łazienki, za oknami ptaki i małpy no i zupełnie inna perspektywa. W Simba Hills było cicho, tą niezwykłą, rozgrzaną słońcem, cykającą różnymi tonami ciszą buszu. Nieco przykurzoną czasem i gorącem. Sennie, leniwie, afrykańsko do bólu. Czasy świetności ekologicznego wynalazku dawno minęły w hotelu byliśmy więc… sami. Jak to na safari – po pierwsze bar po podróży i zimny Tusker, którego reklama „my beer, my country” jest jedną z najlepszych jakie znam, bo faktycznie Tusker to smak Kenii, a owo „my country” ma w sobie ożywczy ładunek dumy z własnej tożsamości. W barze brzęczała jakaś samotna mucha, upał wdzierał się przez okna rozświetlając patynę czasu. Dotknęła nawet uniformów barmana i kelnera. Czyste i odprasowane, spłowiałe kolory dodawały smaku temu miejscu. Zaczęliśmy od niezmiennego w Kenii rytuału – „cześć jak się masz, skąd jesteś?” – Cześć, świetnie, Z Polski – odpowiedziałam jak zwykle na zasadzie „hasło odzew” spodziewając się równie rutynowego ciągu dalszego w stylu „Holland?” „No Poland”, albo tłumaczenia gdzie ta Polska leży na mapie. Tymczasem usłyszałam „Z Polski, ja nie lubię Polski!”. Zamurowało mnie… To było kompletnie poza „etykietą” i standardem. – Jak to nie lubisz Polski, a dlaczego? – Bo to głupi kraj, tak nie zdarza się nawet u nas, żeby premierem i prezydentem byli bracia i to bliźniacy – padła odpowiedź. Refleksja czy w Polsce w prowincjonalnym barze znalazłabym kelnera, który znałby nazwisko prezydenta Kenii przyszła później, bo… najpierw krew zalała mi oczy. Jakim prawem ktokolwiek i gdziekolwiek mówi o MOIM kraju, że jest głupi?! I tak trochę mnie poniosło, bo najpierw nawrzeszczałam na delikwenta a dopiero później wyjaśniłam, że to wbrew pozorom jest efekt jak najbardziej demokratycznych procedur. Nie tłumaczyłam już, że ta strona politycznej sceny to nie moja bajka i ja akurat głosowałam inaczej, ale taka właśnie jest demokracja, że raz się przegrywa a raz wygrywa. Po co miałam tłumaczyć, nie o nazwiska i poglądy polityczne tu chodziło, ale o MÓJ kraj i jego demokratycznie i zgodnie z prawem powołane władze. Zajęło mi chyba ze dwa tuskery aż w końcu do jakiegoś kruchego porozumienia z kelnerem doszliśmy, że Polska głupim krajem nie jest i, że demokracja rządzi się swoimi prawami. Potem pogadaliśmy o historii Kenii i polskiej drodze do wolności i… rozstaliśmy się w zgodzie, że są wartości niezmienne i najważniejsze – poczucie własnej tożsamości, duma ze swojego kraju mimo świadomości tego, że każdy kraj jest na swój sposób ułomny, szacunek, tolerancja i dogadaliśmy się też co do tego, że przekłada się to na zwykłe codzienne zachowania. Dlatego, tylko dlatego i aż dlatego minister Sienkiewicz ani chwili dłużej nie powinien być ministrem. Nie za polityczne targi ani za to, że dał się podsłuchać. Za jedno zdanie o MOIM państwie, że to „ch… d… i kamieni kupa”. Gdyby w ten sposób nawet w prywatnej rozmowie korpo pracownik powiedział o swojej firmie, a jego przełożony się o tym dowiedział pogoniłby go na cztery wiatry. Pan premier pozostawiając go na stanowisku daje świadectwo, że z tą diagnozą się zgadza. Czy wobec tego 1 sierpnia kombatanci, którzy walczyli, a ich koledzy ginęli za Polskę usłyszą, że to „kamieni kupa”, czy tak tożsamość ma budować sobie licealistka z Gorzowa ta sama co od premiera kwiatów nie chciała i jej rówieśnicy? A może istnienie kupy kamieni warto przed następną wizytą uświadomić Barackowi Obamie, żeby miał materiał do przemówienia? Takie są konsekwencje tej jak to określił premier „troski o państwo”. "Troski" nie zauważyłam. Ocenę stanu państwa wyrażoną po 7 latach rządów Pana premiera owszem. Jeśli Pan premier się z nią zgadza to chyba nie umiałabym wytłumaczyć kenijskiemu kelnerowi czemu nadal jest premierem...