poniedziałek, 19 stycznia 2015

Czarno-biała

Uhuru Keniatę poznałam przy okazji filmu o polowaniach, kłusownictwie i… turystyce we wschodniej Afryce. Z pewną nieśmiałością jechałam na spotkanie z synem legendarnego Jomo Kenyatty. W dodatku noszącym imię „Niepodległość”. Cóż ja poradzę, że jakoś Wiktoria (Wałęsówna) na mnie robiła mniejsze wrażenie – w sensie imienia oczywiście. Uhuru był naonczas ministrem od turystyki. Biuro miał w mało wyjściowym baraku przy autostradzie. Za to znakomicie zorganizowane. Parę biur widziałam, więc wiem. Bezpośredni, otwarty, wykształcony. Palił moje cienkie mentolowe papierosy i przed kamerą wypadał znakomicie. Wywiad jak wywiad myślałam sobie, choć w katalogu postaci, które dzięki najpiękniejszemu zawodowi świata dane mi było poznać zajął poczesne miejsce. Zauroczył mnie kiedy jakiś czas później na największych targach turystycznych czyli ITB w Berlinie nie tylko mnie poznał ale autentycznie ucieszył. Biegaliśmy po afrykańskich stoiskach – to znaczy Uhuru biegał, bo mnie po prostu „zarzucił sobie na plecy”. Powtarzał wszystkim „zobaczcie ona ma białą skórę i czarne serce”. Tak Uhuru. Wypalił wówczas morze tych cienkich mentolowych a owo „czarne serce, biała skóra”, akurat z jego ust, dość istotnie zmieniło moje postrzeganie i siebie i świata. Chwilę później Uhuru kandydował na prezydenta Kenii. Był 2002 rok. Kibicowałam mu po cichu, choć wszyscy moi kenijscy przyjaciele powtarzali – „za młody, nie wygra, bo prezydent musi być mze”. A jednak Uhuru startował, zdobył sporo głosów ale oczywiście nie wygrał. Moja „biała skóra” i europejska dusza się buntowała. Uhuru z polityki nie zniknął. Został szefem partii. W kolejnych prezydenckich wyborach oddał głosy… swojemu przeciwnikowi z poprzedniej kampanii. Mze Kibakiemu. I polała się krew. Kiedy nasze kochane informatory rozwodziły się nad niemoralnością owego Kenyatty moje czarne serce krwawiło, a biała skóra się wściekała. Fajnie tak nic nie wiedząc z dużego dystansu opowiadać bzdury. Z resztą takie same jak o bardzo bliskiej naszej polityce. Uhuru został ministrem i wicepremierem. Został oskarżony przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym o… ludobójstwo. Zasądzono mu polityczną odpowiedzialność za krwawe rzezie nad Naiwasha i Nakuru. Pozbawiono go członkowstwa w partii, a mimo to… w 2013 roku został wybrany prezydentem Kenii. W pierwszej turze. Ma 54 lata. Uznano że już jest mze… Starym mądrym, godnym szacunku człowiekiem. Doświadczonym. Uhuru nie powinien na mnie zrobić aż takiego wrażenia po Raymondzie Matibie. Raymonda poznałam podczas pierwszej podróży do Kenii. W hotelu, w którym się zatrzymaliśmy był odpowiedzialnym za opiekę nad dziennikarzami „oficerem”. Mówiąc krótko nosił statyw i był bardzo miły. Kenneth Matiba – jego ojciec był ministrem spraw wewnętrznych u Jomo Kenyatty. A Raymond naówczas, jednym z najbogatszych ludzi Afryki. Pominę, że podobnie jak Uhuru skończył prestiżowe brytyjskie i amerykańskie uniwersytety. Raymond – dziedzic majątku Matibów po prostu tegoż majątku i jak on działa nauczyć się musiał w rodzinnym biznesie. Na marginesie on również jak ojciec miał romans z polityką. Jednak krok po kroku. Te afrykańskie historyjki chodzą za mną w związku z Panią Ogórek. Pewnie nie zrobiłaby na mnie wrażenia ta cała sytuacja gdyby nie to, że moje czarne serce mam po lewej stronie od zawsze. Z nazwiska Pani Ogórek jak jej obrońcy twierdzą „kpić” nie zamierzam, choć sądzę, że w tej całej sytuacji poczucie humoru, dystans i odrobina fraternizacji dobrze by wszystkim (i kandydatce i wyborcom) zrobiła. Taka kampania a rebours. Na serio bowiem, że zacytuję „Facetów w czerni” „….jak rany”. Chowam się w moich afrykańskich historiach bo czuję się zlekceważona jako obywatel i zasmucona kobietą będąc. Prezydent to bodaj najwyższy urząd w MOJEJ Polsce. Uprawnienia premier ma większe, ale prestiż jednak prezydent. I tak nie chcę koniecznie „mze”, młody Kenyata byłby lepszy dla mojej duszy europejskiej niż Kenyata po 50-tce, ale… Stopnie naukowe prestiżowych (NO WŁAŚNIE PRESTIŻOWYCH) uczelni to jedno a doświadczenie drugim. Gdyby lewica traktowała serio i mnie i Panią Ogórek, to Pani Magda od czasów kiedy jej talent odkryto w MSW (jakieś 10 lat temu) coś by zorganizowała, piastowała, gdzieś występowała, dała się poznać krótko mówiąc. A to by dała się poznać, to znaczy, że Jej by dano szansę by się wykazała. Pani prowadziła program w TVN, czy innej telewizji, jest żoną niegdysiejszej „nadziei lewicy” no i jest wiecznie młoda i ma parę fotek z celebrytami politycznymi o zabarwieniu różowym. Pani Magda czyli kolejny eksperyment jak Olejniczak i Napieralski, albo jak pani Lidia Geringer de Oedenberg. Miałam z nazwisk nie kpić, ale oba równie nieszczęśliwe PR-owo. Analizować dlaczego nie będę, chyba, że na zamówienie, z równie godną zapłatą jaką Radek Sikorski (absolwent Oxfordu) daje swoim kumplom za konsultacje z… angielskiego. Smutno mi, bo na Panią Ogórek nie zagłosuję. Może w następnych wyborach jak mnie do siebie przekona i nie zniknie ze sceny politycznej. Smutno mi, bo nie mam swojego kandydata. Smutno mi w moim czarnym sercu i w mojej białej skórze. Smutno mi….