Po raz pierwszy opisano ją na początku XX wieku. Była rodzajem melancholii, tęsknoty, dotykającej urzędników i oficerów brytyjskich wracających z kolonii do Europy. Chcąc ją ukoić sprowadzili "curry", otaczali się kolonialnymi gadżetami, a domy jeśli budowali, to z "koronkowymi" orientalnymi akcentami. Byli nieznośnie niezależni bo europejski porządek traktowali według własnego porządku: słońca i wolności, za którą przecież ciężko zapłacili...
wtorek, 17 czerwca 2014
Duma bez uprzedzenia
Simba Hills ma niewątpliwą zaletę – jest blisko Mombasy. Dlatego reklamuje się jako najkrótsze i najmniej kłopotliwe safari. „Na zwierzaki” jednak trzeba pojechać trochę dalej. Kiedy już nasyciłam się migracjami w Maasai Mara, słoniami w Tsavo i gerenukami w Samburu przyszedł czas na Simba Hills. Na „lwich wzgórzach” nie liczyłam na lwy, ale afrykańską „podróż w czasie”. Otóż w latach 60-tych kiedy nastała pierwsza moda na ekologię w Simba Hills powstał hotel na drzewach. Dosłownie. Drewniana konstrukcja zamocowana na wysokości koron drzew a w niej pokoje, łazienki, za oknami ptaki i małpy no i zupełnie inna perspektywa.
W Simba Hills było cicho, tą niezwykłą, rozgrzaną słońcem, cykającą różnymi tonami ciszą buszu. Nieco przykurzoną czasem i gorącem. Sennie, leniwie, afrykańsko do bólu. Czasy świetności ekologicznego wynalazku dawno minęły w hotelu byliśmy więc… sami. Jak to na safari – po pierwsze bar po podróży i zimny Tusker, którego reklama „my beer, my country” jest jedną z najlepszych jakie znam, bo faktycznie Tusker to smak Kenii, a owo „my country” ma w sobie ożywczy ładunek dumy z własnej tożsamości.
W barze brzęczała jakaś samotna mucha, upał wdzierał się przez okna rozświetlając patynę czasu. Dotknęła nawet uniformów barmana i kelnera. Czyste i odprasowane, spłowiałe kolory dodawały smaku temu miejscu. Zaczęliśmy od niezmiennego w Kenii rytuału – „cześć jak się masz, skąd jesteś?” – Cześć, świetnie, Z Polski – odpowiedziałam jak zwykle na zasadzie „hasło odzew” spodziewając się równie rutynowego ciągu dalszego w stylu „Holland?” „No Poland”, albo tłumaczenia gdzie ta Polska leży na mapie. Tymczasem usłyszałam „Z Polski, ja nie lubię Polski!”. Zamurowało mnie… To było kompletnie poza „etykietą” i standardem. – Jak to nie lubisz Polski, a dlaczego? – Bo to głupi kraj, tak nie zdarza się nawet u nas, żeby premierem i prezydentem byli bracia i to bliźniacy – padła odpowiedź. Refleksja czy w Polsce w prowincjonalnym barze znalazłabym kelnera, który znałby nazwisko prezydenta Kenii przyszła później, bo… najpierw krew zalała mi oczy. Jakim prawem ktokolwiek i gdziekolwiek mówi o MOIM kraju, że jest głupi?! I tak trochę mnie poniosło, bo najpierw nawrzeszczałam na delikwenta a dopiero później wyjaśniłam, że to wbrew pozorom jest efekt jak najbardziej demokratycznych procedur. Nie tłumaczyłam już, że ta strona politycznej sceny to nie moja bajka i ja akurat głosowałam inaczej, ale taka właśnie jest demokracja, że raz się przegrywa a raz wygrywa. Po co miałam tłumaczyć, nie o nazwiska i poglądy polityczne tu chodziło, ale o MÓJ kraj i jego demokratycznie i zgodnie z prawem powołane władze. Zajęło mi chyba ze dwa tuskery aż w końcu do jakiegoś kruchego porozumienia z kelnerem doszliśmy, że Polska głupim krajem nie jest i, że demokracja rządzi się swoimi prawami. Potem pogadaliśmy o historii Kenii i polskiej drodze do wolności i… rozstaliśmy się w zgodzie, że są wartości niezmienne i najważniejsze – poczucie własnej tożsamości, duma ze swojego kraju mimo świadomości tego, że każdy kraj jest na swój sposób ułomny, szacunek, tolerancja i dogadaliśmy się też co do tego, że przekłada się to na zwykłe codzienne zachowania.
Dlatego, tylko dlatego i aż dlatego minister Sienkiewicz ani chwili dłużej nie powinien być ministrem. Nie za polityczne targi ani za to, że dał się podsłuchać. Za jedno zdanie o MOIM państwie, że to „ch… d… i kamieni kupa”. Gdyby w ten sposób nawet w prywatnej rozmowie korpo pracownik powiedział o swojej firmie, a jego przełożony się o tym dowiedział pogoniłby go na cztery wiatry. Pan premier pozostawiając go na stanowisku daje świadectwo, że z tą diagnozą się zgadza. Czy wobec tego 1 sierpnia kombatanci, którzy walczyli, a ich koledzy ginęli za Polskę usłyszą, że to „kamieni kupa”, czy tak tożsamość ma budować sobie licealistka z Gorzowa ta sama co od premiera kwiatów nie chciała i jej rówieśnicy? A może istnienie kupy kamieni warto przed następną wizytą uświadomić Barackowi Obamie, żeby miał materiał do przemówienia? Takie są konsekwencje tej jak to określił premier „troski o państwo”. "Troski" nie zauważyłam. Ocenę stanu państwa wyrażoną po 7 latach rządów Pana premiera owszem. Jeśli Pan premier się z nią zgadza to chyba nie umiałabym wytłumaczyć kenijskiemu kelnerowi czemu nadal jest premierem...
piątek, 13 czerwca 2014
Dwa światy
Był rok bodaj 2003. Jeszcze przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Po Katalonii podróżowaliśmy śladami Salvadora Dali. Gloria jak jego dzieła, też wydawała się surrealistyczna. W straszliwie zdartych „po pilocku” butach. W zazwyczaj czarnych zwiewnych ciuchach. Gloria, kiedyś hipiska, teraz „stateczna” pani przewodnik o ogromnej wiedzy i z lekka nonszalanckim podejściem do świata. Dotarłyśmy do Tossa de Mar, uroczego średniowiecznego miasteczka nad brzegiem morza. Zamek, sklepiki z pamiątkami, w końcu przyszedł czas na panoramy z plaży. Siedziałyśmy więc na murku i gadałyśmy. Akurat zaczęła się wojna w Iraku, pytałam o to czego nie zrozumiałam z newsów o poranku. Zdjęcia operatorów stawiających na podłodze kamery i dziennikarzy, którzy niczego nie relacjonowali. Protestowali przeciwko udziałowi Hiszpanii w tej wojnie, która przyniosła już pierwsze ofiary – zginął operator jednej z hiszpańskich telewizji. Protest dziennikarzy, operatorów, dźwiękowców, był cichy i dotkliwy - postanowili nie relacjonować konferencji prasowej premiera. Po prostu postawili na ziemi kamery i tylko ten moment sfilmowali. Odebrali premierowi głos. Na krótko, na jedną konferencję, ale dla mnie był to wstrząsający symboliczny gest. W Polsce byłoby to niemożliwe, żeby tak dogadały się wszystkie środowiska dziennikarskie. Ktoś by się wyłamał, i tak przecież by zrobił newsa jako jedyny…. Gloria indagowana jak to możliwe zaczęła opowiadać o… wyobcowaniu. O dwóch światach polityki i zwykłych ludzi, o tym, że nie ufa już żadnej ze stron. Nie, nie pogubiła się po prostu żyje w innym świecie, a w tym polityczno-oficjalnym nie chce uczestniczyć. – Tak samo czują ci dziennikarze – tłumaczyła – Bo ci którzy nami rządzą nas nie rozumieją, a my ich nie rozumiemy. To tak jak dwa różne plemiona. – dodała. Pomyślałam, że to banalne, bo każda władza jest wyobcowana. Przypomniałam sobie jak pewnego dnia na początku lat 90-tych wyszłam z Sejmu. Było popołudnie. Pachniały spaliny i jakieś krzewy. Poczułam ciepło słońca. Wokół mnie przechodzili ludzie. Jakaś mama z wózkiem, ktoś z teczką inny z siatką. Ludzie, tłok na placu Trzech Krzyży. Każdy miał swoje sprawy, kłopoty i radości. Wtedy pierwszy raz poczułam tę nierealność – chłodu sejmowych sal, w których nie ma tłoku i codzienności, bo ona toczy się gdzie indziej. To był szok termiczno – doznaniowy. Wierzyłam, że słowami można poprawić świat i… nadal wierzę. Ale wtedy, w tych Glorii „wyjaśnieniach” poczułam ten sam smutek – dwóch światów i bezradność. Pogadałyśmy chwilę o Unii Europejskiej o polskich aspiracjach i nadziejach, o hiszpańskich rozczarowaniach. Minęło 11 lat. Smutek, bezradność i złość mają wymiar statystycznego słupka - niemal trzech czwartych Polaków, którzy nie wzięli udziału w eurowyborach. Starsi w milczącym proteście - jak odstawienie kamer na ziemię, młodsi głośno – głosując na ugrupowanie kabaretowo wyraziście negujące polityczne elity i ich system wartości. Była chwila lamentu, ale minęło zaledwie kilka tygodni a i igrzyska znów się zaczęły….
Tylko jedno jest zdumiewające w sprawie immunitetu posła Mariusza Kamińskiego. Dokumenty przysłane przez prokuratora generalnego, które w istocie były podstawą debaty Sejmu w sprawie uchylenia tegoż immunitetu przeczytało… 9 posłów. Dla ułatwienia w komisji regulaminowej i spraw poselskich zasiada posłów 17. Właśnie ta komisja rozpatruje merytorycznie wniosek i rekomenduje lub nie Sejmowi jego przyjęcie. To właśnie zasiadający w niej posłowie powinni swoim klubom przedstawiać rekomendacje i …. być ekspertami w danej sprawie. Krótko mówiąc powinni być odpowiedzialni. Założenie, że wszyscy posłowie przed każdą debatą przeczytają wszystkie projekty i dokumenty jest nierealne. Ktoś kto zna się na rolnictwie nie musi znać się na kulturze albo kodeksie karnym. „Przemiał” parlamentarny jest taki, że nikt przy zdrowych zmysłach wszystkiego nie przeczyta – ale od każdego zagadnienia powinni być posłowie-eksperci zasiadający w komisjach. Posłowie MERYTORYCZNI.
Ta sprawa była nietypowa. Wszystkie dokumenty włącznie z samym wnioskiem prokuratora generalnego i jego uzasadnieniem były tajne. Rzecz dotyczyła bowiem działania tajnych służb i kuchni pracy operacyjnej. Dlatego posłowie nie dostali dokumentów do skrzynek, tylko musieli podreptać do tajnej kancelarii. Odfajkować się na liście i… tak został ślad kto przeczytał a kto nie. Takie niespodziewane „sprawdzam” jak w pokerze. Poza Marszałek Sejmu i samym zainteresowanym przeczytało dokumenty 8 posłów. Z tego 6 przyszło na obrady i głosowanie. Dokumentów nie był uprzejmy przeczytać nawet poseł sprawozdawca – Tomasz Sajak z Twojego Ruchu, choć to on miał wtajemniczyć posłów na tajnym już posiedzeniu w zawiłości tej sprawy. Wniosek miał 400 stron. Spora książka. Stefan Niesiołowski twierdzi, że czytanie ze zrozumieniem zajęło mu 2 godziny. Poza nim przeczytało wniosek 4 posłów PO: Jerzy Budnik, Tomasz Głogowski, Bożena Sławiak i Grzegorz Raniewicz, jeden Twojego Ruchu - Maciej Mroczek i dwaj posłowie PiS Andrzej Duda - jako pełnomocnik prawny Mariusza Kamińskiego i Kazimierz Michał Ujazdowski. Nazwiska podaję celowo, bo o ludziach odpowiedzialnych za to co robią warto pamiętać. Jednak warto też pamiętać o pozostałych 450 posłach, którzy wniosku nie przeczytali i klubach SLD i PSL (mają swoich reprezentantów w komisji regulaminowej), oraz Solidarnej Polsce (obecnie koło a nie Klub), których reprezentantów wśród czytających dokumenty nie było. Stawiam dolary przeciwko kasztanom, że obecni „nieczytaci posłowie” znajdą się na wysokich miejscach na listach wyborczych i arytmetyka ordynacji zdecyduje, że ponownie mandat otrzymają.
Pal diabli werdykt Sejmu w sprawie immunitetu Mariusza Kamińskiego, choć zdrowiej by było gdyby poseł i były szef CBA mógł przed sądem, a nie kolegami także chronionymi immunitetem, obronić się własną niewinnością. Tak byłoby honorowo. Pal diabli system prawny i prokuraturę, która przez kolejne ekipy jak za komusznych czasów traktowana jest per noga. Rozbroił mnie poseł Waszczykowski – ex wiceminister spraw zagranicznych, który z racji pełnionego stanowiska miał przecież do czynienia z tajemnicami rangi znacznie większej, w sensie stabilności państwa, niż domy/buty Jolanty Kwaśniewskiej w rozmiarach europejskich czy też amerykańskich. Otóż Pan poseł-dyplomata publicznie w telewizyjnym studio tłumaczył, że „nie przeczytał, ale został zbriefowany” przez kolegów którzy przeczytali. Dwóch – na 146 posłów PiS! To był raczej dłuuuuuugi briefing z kwestią przepisów dotyczących tajemnicy służbowej i państwowej w tle. Ten kto z tajemnicą się zapoznał nie ma prawa jej objaśniać nawet tym, którzy teoretycznie także dostęp do niej mieć powinni. To taki myk, że każdy sam sobie musi przeczytać i na liście odfajkować. Włos się jeży na głowie jeśli breefingowe traktowanie tajemnic było a może nadal jest rutyną MSZ.
Nie na plaży w Tossa ale pod lipami, które w Warszawie za wcześnie zakwitły czuję tę samą bezradność i wyobcowanie. To po prostu lipa. Za parę miesięcy wszyscy zapomną i będą odwoływać się do sumień i umysłów elektoratu by był odpowiedzialny i podszedł głosować. A ja wtedy… nie przeczytam. A chętnym do zbreefowania powiem „sprawdzam”.
wtorek, 10 czerwca 2014
Odcienie szarości
„Festiwal Wolności” zakończył się sukcesem. Fart dat ułatwił sprawę, bo wszyscy wielcy w drodze do Normandii zajrzeli też do Polski, by przekonać się, że „freedom made in Poland”. Znakomite hasło, gdzieś się rozpłynęło w zgiełku utyskiwań, że ktoś tam nie przyszedł, ktoś się obraził, ktoś na kogoś/coś znowu napluł i z drugiej strony puszenia się, że jesteśmy tacy świetni, że mamy mocarstwową oprawę uroczystości i ponieśliśmy światu kaganek wolności… Tylko, świat jakoś mało to dostrzega, bo walący się berliński mur jest zdecydowanie bardziej malowniczy niż wyborcze urny w Polsce.
Władysław Frasyniuk mnie rozbroił, kiedy stwierdził, że moglibyśmy w tej konkurencji z murem (berlińskim) lepiej wypaść gdyby 4 czerwca 1989 ludzie w szale radości wyszli na ulice i się… upili ze szczęścia. Tymczasem choć rękoczynami się brzydzę miałam kiedyś wielką ochotę przywalić w spoconą i ironiczną facjatę pewnego dyrektora cukrowni na Gwadelupie, który wyjść z podziwu nie mógł, że bladym świtem zamiast umrzeć z zachwytu, bo usilnie chciał częstować nas rumem chcemy po prostu pracować. Zrobić zdjęcia w tej cukrowni-bimbrowni, bo to lokalna atrakcja. – Jak to nie chcecie pić, przecież jesteście z Polski? I tak przed naszą kamerą się nie pojawił… Jak ktoś ma w głowie tylko stereotyp pijaka Polaka to ani gadać z nim ani pokazywać nie ma sensu. Wybory 1989 były moimi pierwszymi w życiu, więc… może nie miałam kiedy nabawić się kompleksów. Nalanego faceta z „poczuciem wyższości bagiennej chołoty” po prostu mam w nosie. Jestem bowiem dumna z MOJEGO kraju (nienawidzę jak różne rodzime mądrale mówią TEN kraj). Żałuję tylko, że choć mamy się czym chwalić i co więcej inni to doceniają nie chcemy z tego korzystać.
Przy okazji utyskiwań wolnościowych pojawiły się i takie, że od naszego Festiwalu Wolności lepszą marką stał się upadek apartheidu. Tymczasem w naszych przemianach południowoafrykańscy przywódcy szukali drogowskazu ku bezkrwawej drodze do wolności. I mamy w niej swój udział. Zofia Kuratowska od 1989 r. zaangażowana była w pracę AWEPA – czyli Association of Western European Parlamentarians against Apartheid. Zarówno jej jak Andrzeja Celińskiego opinie cenił sobie Nelson Mandela. Ze zdumieniem i nie ukrywam dumą słuchałam opowieści Andrzeja Kiepieli – konsula honorowego w Durbanie, o tym jak wyglądały kulisy negocjacji, nawet nie tyle między stroną rządową a opozycją co między ugrupowaniami opozycyjnymi, w których…. on sam był pośrednikiem. Tymczasem na polski „wkład w historię RPA” patrzymy raczej przez pryzmat niejakiego Walusia – zabójcy lidera Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej Chrisa Haniego. Omal nie wywołało to kolejnej fali agresji i sporów, która zmiotłaby wątłe porozumienie. Nelson Mandela wybrnął z opresji przypominając burzącym się przeciwko idei pokojowego czyli wyborczego rozwiązania konfliktu, że Hani wprawdzie zginął z ręki białego człowieka, ale do wykrycia sprawcy przyczyniła się biała kobieta – Afrykanerka. W tym samym roku – 1993 Nelson Mandela i prezydent RPA Frederik de Klerk odebrali pokojową nagrodę Nobla. Nikt nie wątpił, że porozumienie możliwe było dzięki zaangażowaniu obu stron. I obu stronom na nim autentycznie zależało. Rok później odbyły się pierwsze wolne wybory w historii Południowej Afryki. Afrykański Kongres Narodowy wygrał w cuglach – co z resztą było do przewidzenia. O naszym polskim, chlubnym, akcencie szybciutko zapomnieliśmy – my sami. Z resztą przecież w naszym rozumieniu polityki zagranicznej nie uchodziło się z tym afiszować, bo…. Nelson Mandela aż do 2008 roku pozostawał na liście terrorystów w USA! 27 kwietnia tego roku minęła 20 rocznica upadku apartheidu. Nam to chyba umknęło.
Jubileuszu nie doczekał Nelson Mandela. Zmarł w grudniu 2013 roku. Na pogrzebie Polski nie reprezentowali ani premier ani prezydent, tylko…. minister spraw zagranicznych i… Lecha Wałęsa – także noblista. Podobnie jak Mandela stał się symbolem upadku apartheidu tak czy to się komuś podoba czy nie Wałęsa jest symbolem „freedom made in Poland”. Podobnie z reszta jak Mandela wymyka się jednoznacznym ocenom. Nie było jednak na świecie zakątka gdzie na informację, że jestem z Polski nie słyszałabym „Papa i Walesa”. Świat postrzega apartheid, naszą wolność i każde inne wydarzenie w uproszczeniach, czarno-biało. Nie chodzi o to byśmy o tych odcieniach szarości nie pamiętali, ale byśmy nie gubili się w niuansach i światłocieniach sami sobie odbierając najwspanialszą wygraną - wolność.
wtorek, 3 czerwca 2014
Emocje i polityka
Gdyby to, co działo się podczas pogrzebu gen. Wojciecha
Jaruzelskiego wydarzyło się na pierwszym lepszym prowincjonalnym cmentarzu
wikary wezwałby policję zawiadamiając o bezczeszczeniu grobów. Tak właśnie, bo
skupiona na wyciu, buczeniu i wydawaniu innych odgłosów hałastra pod nogi nie
zwykła patrzeć ,depcząc co popadło.
Paradoks polega na tym, że akurat w tym przypadku i w tym
miejscu takie działanie byłoby
kompletnie bez sensu. Spóźnionym i niedoszłym bohaterom chodziło o to, by
jeszcze w ostatniej chwili stać się „ofiarami” generała. Miała być martyrologia
a wyszedł obciach. I nic tu do rzeczy nie mają tłumaczenia prawicowych polityków
i dziennikarzy (bezpartyjnych
oczywiście) o „uzasadnionych emocjach”. To
było zwykłe chamstwo, a przy okazji … łamanie prawa. Zgodnie z kodeksem karnym
„kto złośliwie przeszkadza pogrzebowi, uroczystościom lub obrzędom żałobnym”
podlega karze więzienia do dwóch lat. Prokuratura wyjścia nie miała, bo
śledztwo w sprawie z tego paragrafu prowadzić musi z urzędu. I już pierwsze
zarzuty postawiła, bo… wyjścia nie miała. Nie chodzi tu ani o ocenę działań
generała ani słuszności protestu tylko o jego FORMĘ!!! Sposób wyrażania emocji
jest bowiem podstawą relacji społecznych. Ramy temu upustowi emocji wyznacza
zarówno prawo jak obyczaj. Ceną ich
nieprzestrzegania jest to, że sami prosimy się by paść ofiarą swobodnego
wyrażania emocji przez bliźniego. Dla formy wyrażania emocji (raz jeszcze
podkreślę nie wnikając w to czy słusznych czy nie) podczas pogrzebu gen.
Jaruzelskiego nie ma żadnego usprawiedliwienia. Tym bardziej, że można inaczej…
Choćby tak jak w Chile w 2012 roku podczas pogrzebu gen. Augusto Pinocheta. Przypomnę, że ów generał w ramach „zaprowadzania porządku” tworzył m.in. obozy koncentracyjne, śmiertelne ofiary jego reżimu to ponad 2 tys. osób do tego jeszcze z tysiąc zaginionych bez wieści. Ofiarami były także dzieci. Według ustaleń Narodowej Komisji ds. Więźniów Politycznych i Stosowania Tortur były bite, gwałcone, torturowane. Pinochetowi kiedy przebywał w szpitalu hołd pojechali oddać Marek Jurek (obecnie europoseł), Michał Kamiński (niedoszły i były euro poseł) i Tomasz Wołek (dziennikarz sportowy obecnie spec od polityki). Pinochet był wszak postacią kontrowersyjną. Jego reżim zabijał, ale uczciwie przyznać trzeba, że chilijską gospodarkę wyciągnął z dołka. Pinochet też oddał władzę poniekąd po dobroci – na drodze powszechnego plebiscytu, w którym wyborcy wybrali opozycję. W 1988 r. czyli rok przed czerwcowymi wyborami w Polsce. Pinochet przez kolejną dekadę pozostał głównodowodzącym chilijskich sił zbrojnych i… zgodnie z konstytucją jako rządzący dłużej niż 6 lat prezydent otrzymał dożywotni mandat senatora. Immunitet skutecznie uniemożliwił ściganie go za popełnione zbrodnie. Pogrzeb Augusto Pinocheta miał wojskową oprawę należną głównodowodzącemu sił zbrojnych. Tłum owszem wygwizdał przybyłą na pogrzeb minister obrony tyle, że na ulicy przed bramą Akademii Wojskowej gdzie odbywały się uroczystości. W środku już było godnie… Natomiast rodziny ofiar reżimu, które od z górą ćwierć wieku szukają śladów po zaginionych bliskich zgromadziły się pod pomnikiem Salvadora Alende – obalonego przez Pinocheta prezydenta, pod hasłem: „naród chilijski jest tutaj, w chwili, gdy dyktator nie żyje". Czy ten protest był mniej wyrazisty niż wrzaski podczas przejścia przez cmentarz konduktu żałobnego??? Emocje Chilijczyków czyżby były mniejsze niż Polaków. Nie. Zrozumiałam to kiedy kiedyś po zdjęciach włóczyłam się po Santiago. Do małego antykwariatu na uboczu weszłam trochę z ciekawości a trochę z nudów. Od historii papierośnicy – całkiem nowej bo mającej ledwie pół wieku przeszliśmy do historii Chile a w końcu rodzinnej historii Jose. Gdyby nie nieco inne okoliczności przyrody czułabym się jak w Warszawie podczas rozmów o ofiarach represji stalinowskich. Parę lat później, kiedy kurs peso spadł na łeb na szyję w rozmowie z Miguelem, dawnym dziennikarzem wyczułam nutkę tęsknoty za stabilnością ekonomiczną w czasach reżimu, natychmiast uzupełnioną opowieściami o okrucieństwie tamtych czasów. Za mało czasu minęło, by nabrać dystansu. Natomiast Chilijczycy, ci którzy cierpią nadal z powodu generała znaleźli godną drogę by wyrazić swoje emocje. Polakom to się nie udało. I to o chichocie historii niemal w przeddzień rocznicy wyborów, które zmieniły dzieje Polski.
Choćby tak jak w Chile w 2012 roku podczas pogrzebu gen. Augusto Pinocheta. Przypomnę, że ów generał w ramach „zaprowadzania porządku” tworzył m.in. obozy koncentracyjne, śmiertelne ofiary jego reżimu to ponad 2 tys. osób do tego jeszcze z tysiąc zaginionych bez wieści. Ofiarami były także dzieci. Według ustaleń Narodowej Komisji ds. Więźniów Politycznych i Stosowania Tortur były bite, gwałcone, torturowane. Pinochetowi kiedy przebywał w szpitalu hołd pojechali oddać Marek Jurek (obecnie europoseł), Michał Kamiński (niedoszły i były euro poseł) i Tomasz Wołek (dziennikarz sportowy obecnie spec od polityki). Pinochet był wszak postacią kontrowersyjną. Jego reżim zabijał, ale uczciwie przyznać trzeba, że chilijską gospodarkę wyciągnął z dołka. Pinochet też oddał władzę poniekąd po dobroci – na drodze powszechnego plebiscytu, w którym wyborcy wybrali opozycję. W 1988 r. czyli rok przed czerwcowymi wyborami w Polsce. Pinochet przez kolejną dekadę pozostał głównodowodzącym chilijskich sił zbrojnych i… zgodnie z konstytucją jako rządzący dłużej niż 6 lat prezydent otrzymał dożywotni mandat senatora. Immunitet skutecznie uniemożliwił ściganie go za popełnione zbrodnie. Pogrzeb Augusto Pinocheta miał wojskową oprawę należną głównodowodzącemu sił zbrojnych. Tłum owszem wygwizdał przybyłą na pogrzeb minister obrony tyle, że na ulicy przed bramą Akademii Wojskowej gdzie odbywały się uroczystości. W środku już było godnie… Natomiast rodziny ofiar reżimu, które od z górą ćwierć wieku szukają śladów po zaginionych bliskich zgromadziły się pod pomnikiem Salvadora Alende – obalonego przez Pinocheta prezydenta, pod hasłem: „naród chilijski jest tutaj, w chwili, gdy dyktator nie żyje". Czy ten protest był mniej wyrazisty niż wrzaski podczas przejścia przez cmentarz konduktu żałobnego??? Emocje Chilijczyków czyżby były mniejsze niż Polaków. Nie. Zrozumiałam to kiedy kiedyś po zdjęciach włóczyłam się po Santiago. Do małego antykwariatu na uboczu weszłam trochę z ciekawości a trochę z nudów. Od historii papierośnicy – całkiem nowej bo mającej ledwie pół wieku przeszliśmy do historii Chile a w końcu rodzinnej historii Jose. Gdyby nie nieco inne okoliczności przyrody czułabym się jak w Warszawie podczas rozmów o ofiarach represji stalinowskich. Parę lat później, kiedy kurs peso spadł na łeb na szyję w rozmowie z Miguelem, dawnym dziennikarzem wyczułam nutkę tęsknoty za stabilnością ekonomiczną w czasach reżimu, natychmiast uzupełnioną opowieściami o okrucieństwie tamtych czasów. Za mało czasu minęło, by nabrać dystansu. Natomiast Chilijczycy, ci którzy cierpią nadal z powodu generała znaleźli godną drogę by wyrazić swoje emocje. Polakom to się nie udało. I to o chichocie historii niemal w przeddzień rocznicy wyborów, które zmieniły dzieje Polski.
Ten blog nie tak miał się zaczynać. A jednak… bo akceptacja
dla każdego przejawu chamstwa
legitymizuje odbieranie ludziom życiowej przestrzeni tej dosłownej i tej
światopoglądowej. Podziały istnieją i będą istniały, sztuką jest jednak to by
różnić się pięknie, minimum by różnić się godnie. A może jak Hiszpanie - w miarę racjonalnie, bo choć od lat trwa dyskusja o przeniesieniu prochów generała Franco z mauzoleum w Dolinie Poległych, to studzi ją kryzys ekonomiczny i swoisty konsensus wobec argumentu, że są ważniejsze wydatki niż pudrowanie historii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)