Po raz pierwszy opisano ją na początku XX wieku. Była rodzajem melancholii, tęsknoty, dotykającej urzędników i oficerów brytyjskich wracających z kolonii do Europy. Chcąc ją ukoić sprowadzili "curry", otaczali się kolonialnymi gadżetami, a domy jeśli budowali, to z "koronkowymi" orientalnymi akcentami. Byli nieznośnie niezależni bo europejski porządek traktowali według własnego porządku: słońca i wolności, za którą przecież ciężko zapłacili...
wtorek, 10 czerwca 2014
Odcienie szarości
„Festiwal Wolności” zakończył się sukcesem. Fart dat ułatwił sprawę, bo wszyscy wielcy w drodze do Normandii zajrzeli też do Polski, by przekonać się, że „freedom made in Poland”. Znakomite hasło, gdzieś się rozpłynęło w zgiełku utyskiwań, że ktoś tam nie przyszedł, ktoś się obraził, ktoś na kogoś/coś znowu napluł i z drugiej strony puszenia się, że jesteśmy tacy świetni, że mamy mocarstwową oprawę uroczystości i ponieśliśmy światu kaganek wolności… Tylko, świat jakoś mało to dostrzega, bo walący się berliński mur jest zdecydowanie bardziej malowniczy niż wyborcze urny w Polsce.
Władysław Frasyniuk mnie rozbroił, kiedy stwierdził, że moglibyśmy w tej konkurencji z murem (berlińskim) lepiej wypaść gdyby 4 czerwca 1989 ludzie w szale radości wyszli na ulice i się… upili ze szczęścia. Tymczasem choć rękoczynami się brzydzę miałam kiedyś wielką ochotę przywalić w spoconą i ironiczną facjatę pewnego dyrektora cukrowni na Gwadelupie, który wyjść z podziwu nie mógł, że bladym świtem zamiast umrzeć z zachwytu, bo usilnie chciał częstować nas rumem chcemy po prostu pracować. Zrobić zdjęcia w tej cukrowni-bimbrowni, bo to lokalna atrakcja. – Jak to nie chcecie pić, przecież jesteście z Polski? I tak przed naszą kamerą się nie pojawił… Jak ktoś ma w głowie tylko stereotyp pijaka Polaka to ani gadać z nim ani pokazywać nie ma sensu. Wybory 1989 były moimi pierwszymi w życiu, więc… może nie miałam kiedy nabawić się kompleksów. Nalanego faceta z „poczuciem wyższości bagiennej chołoty” po prostu mam w nosie. Jestem bowiem dumna z MOJEGO kraju (nienawidzę jak różne rodzime mądrale mówią TEN kraj). Żałuję tylko, że choć mamy się czym chwalić i co więcej inni to doceniają nie chcemy z tego korzystać.
Przy okazji utyskiwań wolnościowych pojawiły się i takie, że od naszego Festiwalu Wolności lepszą marką stał się upadek apartheidu. Tymczasem w naszych przemianach południowoafrykańscy przywódcy szukali drogowskazu ku bezkrwawej drodze do wolności. I mamy w niej swój udział. Zofia Kuratowska od 1989 r. zaangażowana była w pracę AWEPA – czyli Association of Western European Parlamentarians against Apartheid. Zarówno jej jak Andrzeja Celińskiego opinie cenił sobie Nelson Mandela. Ze zdumieniem i nie ukrywam dumą słuchałam opowieści Andrzeja Kiepieli – konsula honorowego w Durbanie, o tym jak wyglądały kulisy negocjacji, nawet nie tyle między stroną rządową a opozycją co między ugrupowaniami opozycyjnymi, w których…. on sam był pośrednikiem. Tymczasem na polski „wkład w historię RPA” patrzymy raczej przez pryzmat niejakiego Walusia – zabójcy lidera Południowoafrykańskiej Partii Komunistycznej Chrisa Haniego. Omal nie wywołało to kolejnej fali agresji i sporów, która zmiotłaby wątłe porozumienie. Nelson Mandela wybrnął z opresji przypominając burzącym się przeciwko idei pokojowego czyli wyborczego rozwiązania konfliktu, że Hani wprawdzie zginął z ręki białego człowieka, ale do wykrycia sprawcy przyczyniła się biała kobieta – Afrykanerka. W tym samym roku – 1993 Nelson Mandela i prezydent RPA Frederik de Klerk odebrali pokojową nagrodę Nobla. Nikt nie wątpił, że porozumienie możliwe było dzięki zaangażowaniu obu stron. I obu stronom na nim autentycznie zależało. Rok później odbyły się pierwsze wolne wybory w historii Południowej Afryki. Afrykański Kongres Narodowy wygrał w cuglach – co z resztą było do przewidzenia. O naszym polskim, chlubnym, akcencie szybciutko zapomnieliśmy – my sami. Z resztą przecież w naszym rozumieniu polityki zagranicznej nie uchodziło się z tym afiszować, bo…. Nelson Mandela aż do 2008 roku pozostawał na liście terrorystów w USA! 27 kwietnia tego roku minęła 20 rocznica upadku apartheidu. Nam to chyba umknęło.
Jubileuszu nie doczekał Nelson Mandela. Zmarł w grudniu 2013 roku. Na pogrzebie Polski nie reprezentowali ani premier ani prezydent, tylko…. minister spraw zagranicznych i… Lecha Wałęsa – także noblista. Podobnie jak Mandela stał się symbolem upadku apartheidu tak czy to się komuś podoba czy nie Wałęsa jest symbolem „freedom made in Poland”. Podobnie z reszta jak Mandela wymyka się jednoznacznym ocenom. Nie było jednak na świecie zakątka gdzie na informację, że jestem z Polski nie słyszałabym „Papa i Walesa”. Świat postrzega apartheid, naszą wolność i każde inne wydarzenie w uproszczeniach, czarno-biało. Nie chodzi o to byśmy o tych odcieniach szarości nie pamiętali, ale byśmy nie gubili się w niuansach i światłocieniach sami sobie odbierając najwspanialszą wygraną - wolność.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz