Po raz pierwszy opisano ją na początku XX wieku. Była rodzajem melancholii, tęsknoty, dotykającej urzędników i oficerów brytyjskich wracających z kolonii do Europy. Chcąc ją ukoić sprowadzili "curry", otaczali się kolonialnymi gadżetami, a domy jeśli budowali, to z "koronkowymi" orientalnymi akcentami. Byli nieznośnie niezależni bo europejski porządek traktowali według własnego porządku: słońca i wolności, za którą przecież ciężko zapłacili...
środa, 30 lipca 2014
Skurczony świat
Całkiem niedawno Warszawie, przywrócona powtórnie, odkrywam jej cudowne zalety. Choćby tę że wieczorem z przyjaciółmi na piwo wyskoczyć można. Kiedyś to było „spotkanie” i obowiązkowo samochodem, więc bez wspomagania procentowego. A teraz, że zacytuję debatę w sprawie wyboru miejsca: „o można tam na rowerze?” „OK….”, „No nie lepiej na nogach”. Na nogach, to naonczas, kiedy na basen się w te strony chodziło, było blisko. Przez plac, mała uliczka, potem ulica co tam ulica – przejście dla pieszych rozbudowane i już tylko parę kroków. Spacerek ten dzisiejszy miał być sposobem na spalenie piwnych kalorii. I był… Na rowerze to bowiem zaiste blisko, na nogach takie małe „wiosłowanie z zadyszką”. Dystans czasu (przeżytego) do odległości (przebytej) miłym nie jest.
Na podróże, w rozmowie zeszło automatycznie. Gdzie jesienią (to już za chwilę) ciepło i tanio. Tam gdzie czartery i kurorty, więc Kenia (moja ukochana), Meksyk, Dominikana, Sri Lanka… Kenia hmm... niebezpieczna (bo wiemy, że całkiem niedawno terroryści wysadzili w powietrze centrum handlowe). Sri Lanka?
Sri Lanka lat temu kilka – jechaliśmy na rafting w góry. Jakoś tak mi się nie wzięło komórki – została w sejfie, chyba lepiej niźliby się utopiła? Było cudnie i emocjonująco i tak dzień cały, bo lunch i spacerek po górach. Całkiem o przyzwoitej porze wróciliśmy, odpaliłam komórkę. Multum wiadomości, te głosowe trącące histerią – „Odezwij się” „Żyjecie?” „Jak tam jest?” – (to ostatnie zaprzyjaźniona redakcja). - Ale o co chodzi? – pomyślałam, wybierając kieckę na kolację). Za oknem cisza. Kelnerzy hotelowi właśnie zapalali świeczki na stołach w restauracji, żeby zrobić nastrój. Moja dziennikarska dusza podpowiedziała by włączyć telewizor. Na „pierwszym” telewizja lankijska. Zakrwawiona twarz, wygięte w agonii żelastwo. Nic nie rozumiem… Przełączam na BBC. Obrazki te same. Zamach terrorystyczny, trzy autobusy, setki rannych i zabitych. Dzwonię najpierw do biura. Nienawidzę siebie za ten „profesjonalizm”, albo strach, bo do Rodziców po prostu boję się zadzwonić. Potrzebuję „szczepionki”. W słuchawce histeryczne „Nareszcie, co się stało? Są ranni, zabici?” „Tak włącz BBC” mam ochotę odpowiedzieć. – Nic takiego, zostawiłam w sejfie komórkę, wszyscy zdrowi, od Was wiem o zamachu – myślę jak to powiem Ojcu, albo Mamie. Kto odbierze. – Jak to, włącz telewizję… - Mam włączoną. To było prawie dwieście kilometrów od nas!!!!! Byliśmy na raftingu. To jak z Warszawy do Olsztyna – tłumaczę. – Jak to, nic się nie stało? (wolę nie myśleć jak mogła by brzmieć odpowiedź) – Nie, tak możesz odpowiadać… Schodzę na dół, bo kolacja. –Zadzwońcie do domów, Wasi Bliscy to też oglądali. W Colombo był zamach bombowy, trzy zamachy. Jest dużo ofiar. Powiedzcie, że nic Wam się nie stało – swój głos słyszę jak z radia. Odpowiadam na pytania, żartuję. Wychodzę na papierosa. – Cześć Mamo – mówię kiedy tylko słyszę „halo”. Cisza jest krótka. – Co tam u Ciebie? – Dobrze. Oglądałaś TV? – Tak. - Był zamach na Sri Lance – Odpowiada mi cisza i może tylko mi się wydaje, że słyszę w niej łzy, napięcie… - Tak był dwieście kilometrów od nas. Nic nie wiedziałam, Widziałam to tylko w TV. Nic nie wiem, jesteśmy bezpieczni, nie było nas w Colombo. To daleko…. Rozmawiamy o codzienności. Jak minął dzień, mi i Rodzicom. Nie dzwonię każdego dnia. Rozmawiamy tak krótko, bo to drogo… Tęsknimy, ufamy, przecież nie kłamię, że nic nie wiedziałam. Mama to wie i wie ile to jest 200 km (wierzę, mam nadzieję!)
Kilka lat wcześniej. Safari w Kenii. Gerenuki, Samburu. Staruszek, którego wieźliśmy do lekarza… Upojeni Afryką, pełni wrażeń wracamy do Nairobi. Miasto, ruch na ulicach. „Koguty” wyją niemiłosiernie. „Śmigają” karetki. – Coś się stało – pytam retorycznie. – Nie wiem – James grzebie przy radiu, mówi w suahili – Nic nie rozumiem, nie wiem – „uświadamia mnie” po angielsku. Lotnisko. Mombasa, wilgotne gorące powietrze. 60 km lamp naftowych i ciemnych zarysów palm na nieco jaśniejszym niebie. – Witaj w domu – Joseph podaje mi rękę, uśmiecha się. Tak jestem w domu. – Chris co się stało w Nairobi? – już nagadaliśmy się o tym co było jak mnie nie było. – Nic takiego chyba wybuchł gaz. Dziś lecę do Nairobi, nie nic nadzwyczajnego…
Rano telefon. Jedziemy na safari – super. Pod drzwiami „Daily Nation” w celofanowej torebce. Nie patrzę na czołówki, choć zwykle gazetę przeglądam. Wrzucam do kosza. Jest ranek, trzeba się jeszcze spakować. Moja Afryka, prom w Mombasie, spieszący się ludzie, matatu, samochody i „Baobab” czyli cementownia. Koleiny, objazdy. Tsavo, urzekające, suche tym razem. Przez pozbawione liści gałęzie widzę zwierzaki. Jestem szczęśliwa. Janeta siedzi na gzymsie w restauracji. Dostaję marchewkę z groszkiem. – Wiem nie jesz mięsa – śmieje się Jo. Nachyla mi się do ucha – Głupia jesteś- tak czuję się jak w domu. Patrzę w błyszczące w świetle latarki oczy impali. Pachnie dym z ogniska. Rankiem kiedy szarość wydobywa kształty wyganiam z tarasu przed namiotem pawiany. Buyo przynosi kawę. Mijają dni. Na safari czas biegnie inaczej…. I ściskam rękę Trevora. Kati nie ma bo to poranek, ma inne zajęcia. Droga przez busz. Pożegnanie z żyrafą. Zeberki kiwają ogonami. Korek do promu. Wystawna kolacja. Z Chrisem gadamy o tym co ważne, trudne i bolesne w Afryce, o europejskich tęsknotach. Jemy homara i tiramisu. Popijamy znakomitym winem. Świt jest szary i bezlitosny. Na szczęście spakowaliśmy się wieczorem. Palmy jak zwykle swoje pióropusze puszą grafitem na jaśniejącym powoli niebie. Zawsze tak trudno powiedzieć kwaheri. Kwaheri James, kwaheri Africa. Szare lotnisko ze swoimi profesjonalnymi uśmiechami, procedurami. To trzeba przeżyć. Z nudów w hali odlotów biorę do ręki „Daily Nation”. Tylko zdjęcia i krótkie notki. Czołówka to ledwie kilka słów. Zginęli w zamachu na ambasadę amerykańską. Automatycznie rejestruję, zwykłe zdjęcia, zwykłych, szarych ludzi. Nie dyplomatów, nie polityków, ludzi… Patrzyły na mnie ciemne oczy, włosy wiły się w oskarżycielskich tyradach. Pierwsze biogramy tylko musnęłam wzrokiem, kolejne czytałam, mijały minuty…. Kenia jest tak daleko od Polski i taka egzotyczna… Nie, nie było newsów w Polsce. Ambasada amerykańska… Nie, muszę zadzwonić. W Europie będę za 9 godzin, w Polsce za 14… Natychmiast. To był 1998 rok. W Kenii nie działały komórki. Jakieś drobne. Jakiś automat. – Halo, Tata? Tak to ja. Wszystko w porządku, zaraz lecimy… Przepraszam u Was jest nad ranem, tak chciałam Cię usłyszeć. Jak Mama? Nie rozmawiamy. Wyrzucamy z siebie komunikaty. - Szukaliśmy Cię przez MSZ, nikt nic nie wiedział… Pogadamy jak wrócisz. Tak wszystko dobrze, dobrze, że jesteś… Płaczę. Nie chciałam, nie wiedziałam… W samolocie do Nairobi czytam wszystkie biogramy. Lekarka, nauczycielka, pielęgniarka, bezrobotny. Kilkadziesiąt minut, kilka kilometrów…. Nic nie wiedziałam. Nie było mnie tam. Boże jak współczuję ich rodzinom i jak… martwię się o moich
To było bliżej niż z domu na Pola Mokotowskie. Nie zdążyłabym złapać zadyszki. I tylko gazeta, którą mam do dziś. Nie było mnie tam, bo od dworca autobusowego i ambasady w Nairobi dzieliło nas kilka kilometrów. A 200 km od Colombo. Czas i przestrzeń wydają wyroki. Zadyszka? Jeden krok? Przeznaczenie? Tak blisko i tak daleko. Dlatego każda chwila, każdy oddech jest ważny. Dlatego nie ma sensu histeryzowanie. Możemy (i powinniśmy!) skazać bandytów, którzy podłożyli ładunki, zestrzelili samolot. Nie powstrzymamy ich, bo to jest życie, a śmierć jest jego integralną częścią. Nam jeśli nadal oddychamy pozostaje refleksja i cieszenie się każdą chwilą. Nawet jeśli dostajemy zadyszki. W każdej sekundzie tworzymy teraźniejszość, która stanie się przeszłością za moment. I ten ułamek sekundy, ten telefon się liczy. Nawet jeśli dzieli nas kilka czy 200 km i tego nie doświadczyliśmy.
sobota, 26 lipca 2014
Będzie taki dzień
Safari jest podróżowaniem – od msafiri, suahilijskiego słowa oznaczającego podróż. Tylko nikt o tym nie pamięta, bo safari uczyniliśmy polowaniem. Zdobywaniem współzawodnictwem, walką o trofeum. I dlatego różny jest cel. W polowaniu to na skróty Wielka Piątka – lew, lampart, nosorożec, bawół, słoń. To lista ustalona przez myśliwych – najbardziej niebezpiecznych i najtrudniejszych do ustrzelenia afrykańskich zwierząt. Tak się składa, że w czasach fotosafari i nieustannego zaboru przez człowieka zwierzęcych terytoriów to także lista zwierzaków, których trzeba po prostu poszukać, żeby je zobaczyć. I oczywiście we mnie też obudziła się żyłka zdobywcy. Pierwszym „terenem łowieckim” był park narodowy Nakuru. Jeden z mniejszych w Kenii i… jeden z nielicznych ogrodzonych. Nakuru to jedno z jezior Wielkiego Rowu Tektonicznego, między którymi wędrują flamingi. Nakuru to też miasto jedno z największych w Kenii, tak blisko jeziora, że park ogrodzono, żeby zwierzaki nie składały odwiedzin w ludzkim królestwie. W parku Nakuru mieszkają w zasadzie wszystkie afrykańskie zwierzaki poza słoniami, bo dla nich obszar parku jest po prostu za mały. Bawoła „upolowaliśmy" tuż przy bramie. Trzy stare samce leniwie wylegiwały się na trawie. Z perspektywy samochodu wyglądały niewinnie i ciapowato. Nie przypominały nieustępliwych wojowników, którzy myśliwego potrafią tropić kilometrami, by rozszarpać go rogami i później stratować bezwładne ciało. Bawołowi można podpaść tylko raz, a później już do końca dni swoich albo myśliwego tropi wroga. Pamięć ma bowiem znakomitą i mściwy jest okrutnie. Te trzy nie wyglądały na takie potwory. Na nozdrzach jednego usiadł sobie ptaszek. A wszystko wokół było odrealnione jak we śnie, albo „Parku jurajskim”. Setki ptaków, zeberki, antylopy, przelatujące nisko pterodaktyle-pelikany. Łyse, brzydkie marabuty. Różowa „koronka” gigantycznych stad flamingów u brzegu jeziora. Lądujących jak hydroplany kiedy ich klucz łączył się z błękitną taflą wody. Zapach ziemi i zwierząt. Upajająca przestrzeń. Jeździliśmy wśród lasu szukając lamparta i lwa. Wydłużały się cienie, ziemia barwiła pomarańczowymi refleksami zmierzającego ku linii wzgórz słońca. Kiedy świat poszarzał James – nasz kierowca, przewodnik i w końcu przyjaciel zdecydował, że wracamy. Bez lwa i lamparta, ale jutro też jest dzień. Leżał sobie na trawiastej równinie. Ciemna grzywa ledwie odcinała się od brunatnej o tej porze dnia trawy. Skóra poznaczona bliznami, śladami po ukąszeniach moskitów, sztywno opinała twarde mięśnie. Drzemał. Lwy drzemią 20 godzin na dobę, więc to nic dziwnego. Miękko zginając potężną łapę gestem kociaka odgonił natrętną muchę. Na chwilę podniósł łeb. Nasz samochód i nas miał dokładnie w nosie. Zdjęcia oczywiście nie wyszły. Za ciemno, choć tak blisko. Ale to był mój pierwszy lew. James nie krył radości. „Afryka Cię polubiła” – powiedział. - Już pierwszego dnia masz swojego lwa.
Słonia spotkaliśmy w Maasai Mara. Tam też były całe lwie rodziny. Pierwsze lwie polowanie i śmierć antylopy. Krokodyle czyhające na przekraczające rzekę Mara gnu i zebry. Były dik-diki – antylopki wielkości królika, szakale, hijeny, nawet jakże rzadkie likaony. Tylko lamparta nie było. Szukaliśmy go wśród drzew, bo tam lamaparta leżakującego na gałęzi spotkać najłatwiej. Nie było… Nie było go też w Tsavo. I choć gepardy z czarnymi śladami łez i całkiem innymi centkami są coraz rzadsze nie cieszyły, bo nie mogły go zastąpić. Lampart – inteligentny, przebiegły majestatyczny. Przed tym wyjazdem do Kenii śp. Piotrek Pronobis opowiadał jak na swoim pierwszym króciutkim safari w Marze został uwięziony przez lamparta. Samochód utknął w błocie a nieopodal na drzewie siedział lampart. Kierowca nie zdecydował się wyjść. Wezwał posiłki ale… nikt lamparta nie straszył, bo nie wolno, a poza tym to jego świat, w którym ludzie są gośćmi. I tak wszyscy czekali aż zwierzak poszedł sobie polować, albo wędrować. Godzin kilka. W tym odrealnionym świecie jak z kadrów National Geographic brak lamparta był jeszcze bardziej dojmujący. Przecież powinien tam być!!! Nie cieszyły już stada gnu, ani pozujące wdzięcznie zeberki, igrające lwiątka i majestatycznie wędrujące słonie. I tak z Afryki wyjeżdżałam tłumacząc sobie, że brak lamparta to znakomity powód, żeby do niej wrócić. Mijały lata. Na lotnisku w Nairobi James witał mnie niezmiennym „Jumbo – witaj w domu”. Miałam swoje knajpy, swoich przyjaciół. Z Jamesem jeździliśmy po coraz mniej uczęszczanych szlakach i najróżniejszych zakamarkach afrykańskiego świata. Z czasem przestaliśmy szukać lamparta. Wracał (jego brak) czasem półżartem, czasem rozczarowaniem. Poznałam afrykańskie żuki czyli Małą Wielką Piątkę. Na najpiękniejszym safari w Tsavo z Mike’m przez dwie godziny siedzieliśmy w stojącym samochodzie popijając szampana i oglądając wyczyny surykatek. Z uroczym studentem z Brighton zakładaliśmy uśpionym lwom obroże z radionadajnikami w ramach światowego programu badania wędrówek afrykańskich drapieżników. Pokochałam Ją, jej zapach, przestrzeń oddychającą miarowo w słońcu, magiczny deszcz malujący zielenią busz, rany – umarłych drzew w Amboseli i czarne blizny po pożarach w Tsavo. Cieszyłam się na każde spotkanie. Coraz mniej Ją znałam i coraz mniej potrafiłam o Niej opowiedzieć. Gadałyśmy za to nieustannie w ciszy czerwonych dróg, o życiu, śmierci, trwaniu i przemijaniu, ciągłości pokoleń, tym co pierwotnie wrażliwe pod maską nieobecnej obojętności, o miłości.
Kiedyś wracaliśmy z Maasai Mara. Od naszego pierwszego spotkania minęło bodaj osiem lat. Był środek upalnego dnia. Droga na płaskowyżu wśród traw sawanny. Siedział dokładnie na środku drogi. Jak pies na podkulonych łapach. Piękny, majestatyczny. Czarno-rude rozetki rzucały miedziane refleksy. Lampart. Patrzył prosto na nas. James przyhamował zdumiony. Staliśmy w milczeniu. Lamparta nie powinno tam żadną miarą być. W ciągu dnia leżakują przecież ukryte w cieniu koron drzew. Nie przychodzi im do głowy by narażać się na palące promienie i to jeszcze w niewygodnej pozycji. Lamparty są inteligentnymi hedonistami. W końcu podniósł się i tym niepowtarzalnym wężowym miękkim krokiem powędrował wśród traw. Jeszcze przez chwilę widziałam ich drgające wierzchołki w miejscu gdzie był. Staliśmy tak póki trawy nie umilkły i nie poddały się tańcowi sawanny. James długo o tym rozprawiał. Kiedy żartował, że „to duch” w jego oczach dostrzegłam cień. – Afryka Cię lubi – rozpogodził się. To był mój lampart. I czekał na mnie. Zrozumiałam, że to prezent, bo ona je rozdaje sprawiedliwie i mądrze. Dostałam ich tak wiele wcześniej. Tak wiele chwil, doznań, mądrości. I już wiem, że będzie taki dzień….
czwartek, 24 lipca 2014
Wyznanie wiary
To była moja pierwsza podróż do Afryki. Bałam się jej okropnie, bo… od zawsze Afrykę kochałam. W mojej głowie, „W pustyni i w puszczy”, w historiach dawnych safari i w „Pożegnaniu z Afryką”. Znałam ją tylko z literatury, ale czułam w sercu. Tym drgnieniem fascynacji, którą tak obawiamy się nazwać miłością. Była marzeniem, wyobrażeniem, była we mnie. Aż nadejść miała konfrontacja z rzeczywistością. Prawdziwą Afryką taką jaka jest a nie taką jaką sobie wyobraziłam. Znajomy pilot wycieczek opowiedział mi kiedyś dykteryjkę o pani, która z nim jeździła wielokroć w najróżniejsze zakamarki świata a zawsze chciała pojechać do Brazylii. I nigdy nie pojechała, bo bała się konfrontacji. Ja nie miałam wyjścia. Racjonalne myślenie mi odebrało, bo w sierpniu, najzimniejszym miesiącu wylądowałam w Nairobi w t-shircie i dżinsowej kurtce. Miała być Afryka, więc upały… a było plus 6 stopni… Niemal 2 tys. metrów wysokości robiło swoje. Poza dojmującym zimnem pamiętam przejazd do Karen podmiejskiej dzielnicy Nairobi. Wzdłuż drogi zieleniły się eukaliptusy. W tej sytości wody i intensywnej zieleni, kruchości, jakże podobne do naszych topoli. I tak bardzo chciałam być rozczarowana, a serce drgnęło topolowym domem i już wiedziałam, że wredne w niezależności, nieobliczalne piękno zauważające, pokochałyśmy się, takimi jakimi jesteśmy ,na zawsze. Kolonialnymi, bo jak mnie ktoś zapytał „a kto was skolonizował?” bez zająknięcia wyrecytowałam: Rosja, Austria i Niemcy – to były rozbiory, a nie kolonizacja, ale czyż to nie tak samo? Niezależnymi, bo w tym głuchym milczeniu i uciekaniem wzrokiem Afrykanów i naszym cwaniactwie – bo zawsze się da jak się chce, jest ta sama determinacja. Ta pierwsza podróż to nie było smakowanie, zapachy, przestrzeń, one po prostu się wdrukowały niezauważenie. Ta pierwsza podróż była tak bardzo tu a nie tam, we mnie… Podróż z Mężczyzną i partnerem, który dzień przed wylotem zameldował się w przychodni (prywatnej, bo reforma zdrowia już działała) pod hasłem mam gorączkę i ból gardła. –Musi Pan zrobić badania na malarię – stwierdziła świadomie pani doktor… -Ale ja dopiero tam jadę a nie wracam - rzekł mężczyzna. – Niech Pan się lepiej przebada w kierunku malarii – usłyszał… Wyjechaliśmy więc z zapasem aspiryny, bo jeszcze nie opracowaliśmy systemu pozyskiwania antybiotyków i leków przeciwgorączkowych w podróży. Owo zwykłe przeziębienie , nie leczone, bo miało być malarią, a wiadomo nie mogło być, rozwinęło się w afrykańskich warunkach znakomicie. Do Maasaj Mara Serena Lodge z najcudowniejszym widokiem Mężczyzna dojechał zielony. Termometr miałam – prawie 40 st. Choć to środek buszu telefon działał, spytałam więc w recepcji o lekarza. – No problem, just a minute – odetchnęłam z ulgą. I rzeczywiście pojawił się „in the minute”. Biały kitel wyglądał jakby przeszkadzał. Pacjent też – dotykany opuszkami palców ledwie przy badaniu. – Do you have a lighter? – chciałam podać zapalniczkę, ale w końcu znaleźliśmy latarkę. „Injection” był niezbędny. Igła w żyle, ampułka z proszkiem…. A liquid? – Potrzymaj to – przytknął mi kciuk do igły w żyle – Just a moment… Strzykawka na kocu nie jałowym…. Po chwili która mi wydawała się wiecznością – tryśnie albo nie, wróci albo nie… zastrzyk był zrobiony. Mężczyzna usnął, odleciał…. Ja poszłam do… baru. Doktor też. Zamówiłam whisky z lodem, bez się nie dało bo whisky to lód. Zamówiłam dwa razy. Wzdragał się. Tłumaczył, że to nie dla niego miejsce. Nie chciałam słuchać. – Jesteś moim gościem, on jest moim gościem oznajmiłam. I on i kelnerzy spuścili wzrok. Ja nie miałam pojęcia co zrobiłam i co się stało. To ja zdecydowałam wbrew temu co było ustalone, a oni musieli mnie słuchać, bo tak było ustalone. Gdybym miała wtedy taką świadomość zawahałabym się, ale… to była moja pierwsza podróż do Afryki… Siedzieliśmy z tymi drinkami przed sobą w niezręcznym w milczeniu. How it will be? Zapytałam. Milczał, po chwili spytał mnie o życie w Europie, a ja uparcie how it will be? Jakie życie w Europie? – myślałam. - U Was podobno jest zimno tak, że zamarza woda – zagaił. – Tak zimą. – I co wtedy robicie? Jak ogrzewacie domy? – zapytał. Ja nawet po polsku nie wiem jak działa centralne, mleko jest ze sklepu, mięso na tackach…. Tłumaczyłam coś o kotłowni, gorącej wodzie i rurach. Mało składnie chyba, choć usłyszałam _It’s nice, it’s clever. Spytałam o studia medyczne. – Its expensive out of Africa, I’ve never been. Pomyślałam o tym dożylnym zastrzyku i antymalarycznym leczeniu przed a nie po ani w trakcie. I było mi wszystko jedno. Całą sobą spytałam „panie doktorze czy on wyzdrowieje?” – Czy wierzysz w Boga? – to nie była odpowiedź. Tylko pytanie – wyzwanie, bo nie miał przecież prawa mi go zadawać. Zjeżyłam się w sobie okropnie tak po europejsku, w duchu tolerancji i prywatności sumienia i wyznania. – Czy jesteś chrześcijanką? – uznał że nie zrozumiałam, więc dopytał. Po prostu. Nie ogarnęłam, że to tak topolowo-eukaliptusowo, w bezkresnej przestrzeni Afryki, pierwotności, która jest sensem i prawdą, ale po prostu i automatycznie, bo tak właśnie wierzę i jestem chrześcijanką, bez didaskaliów w sprawie kościoła, odpowiedziałam po prostu i automatycznie – Yes – było mi wszystko jedno, byle wyzdrowiał. Rozjaśnił się w uśmiechu. – No widzisz jak Bóg tak chce to wyzdrowieje. Ja już zrobiłem swoje i nic tu po mnie. Nie wiem… Odsunął pustą szklankę i odszedł. Siedziałam nad kostkami lodu tylko przez chwilę. Okropnie zła, bo „nie dostałam odpowiedzi”. W końcu z tej złości polazłam zwiedzać obóz. Kierowcy grali w siatkówkę, a ja nie ogarniam meczy. Brama, symboliczna, bez zasieków i szlabanów nie zrobiła na mnie wrażenia. Szłam pylistą czerwoną drogą Maasai Mary. Mijały mnie obojętnie jeepy z turystami. Prosta dróżka znudziła mnie okropnie. Wróciłam. Mężczyzna spał i ja poszłam spać…. Nazajutrz na ścieżce, którą szłam tuż obok obozu kierowca pokazał mi świeże ślady lwów. Nieopodal koczowała lwica z lwiątkami. Mężczyzna jak młody bóg po zastrzyku skrupulatnie je filmował. Moje ślady zatarł kurz wieczora i poranka. Ale tam były… dowód głupoty, dowód Kanta ten ostatni… Poranek wstał bez zastrzyków, centralnego ogrzewania i lęku. Nowy, świeży, bez przeszłości. Trwał chwilą rozgrzanego powietrza, cykania owadów i ptaków. Bez wczoraj, choć ono było, mienił się dziś i jutrem. Moim wyznaniem wiary. Oburzyłabym się sto razy i tak bym go nie wypowiedziała. To nie był koniec choroby Mężczyzny. To była moja, nieświadoma rozmowa z Bogiem przez Afrykę, którą odkryłam w sobie i to nie było Jej ostatnie słowo. Wtedy byłam tam pierwszy raz….
Subskrybuj:
Posty (Atom)