środa, 30 lipca 2014

Skurczony świat

Całkiem niedawno Warszawie, przywrócona powtórnie, odkrywam jej cudowne zalety. Choćby tę że wieczorem z przyjaciółmi na piwo wyskoczyć można. Kiedyś to było „spotkanie” i obowiązkowo samochodem, więc bez wspomagania procentowego. A teraz, że zacytuję debatę w sprawie wyboru miejsca: „o można tam na rowerze?” „OK….”, „No nie lepiej na nogach”. Na nogach, to naonczas, kiedy na basen się w te strony chodziło, było blisko. Przez plac, mała uliczka, potem ulica co tam ulica – przejście dla pieszych rozbudowane i już tylko parę kroków. Spacerek ten dzisiejszy miał być sposobem na spalenie piwnych kalorii. I był… Na rowerze to bowiem zaiste blisko, na nogach takie małe „wiosłowanie z zadyszką”. Dystans czasu (przeżytego) do odległości (przebytej) miłym nie jest. Na podróże, w rozmowie zeszło automatycznie. Gdzie jesienią (to już za chwilę) ciepło i tanio. Tam gdzie czartery i kurorty, więc Kenia (moja ukochana), Meksyk, Dominikana, Sri Lanka… Kenia hmm... niebezpieczna (bo wiemy, że całkiem niedawno terroryści wysadzili w powietrze centrum handlowe). Sri Lanka? Sri Lanka lat temu kilka – jechaliśmy na rafting w góry. Jakoś tak mi się nie wzięło komórki – została w sejfie, chyba lepiej niźliby się utopiła? Było cudnie i emocjonująco i tak dzień cały, bo lunch i spacerek po górach. Całkiem o przyzwoitej porze wróciliśmy, odpaliłam komórkę. Multum wiadomości, te głosowe trącące histerią – „Odezwij się” „Żyjecie?” „Jak tam jest?” – (to ostatnie zaprzyjaźniona redakcja). - Ale o co chodzi? – pomyślałam, wybierając kieckę na kolację). Za oknem cisza. Kelnerzy hotelowi właśnie zapalali świeczki na stołach w restauracji, żeby zrobić nastrój. Moja dziennikarska dusza podpowiedziała by włączyć telewizor. Na „pierwszym” telewizja lankijska. Zakrwawiona twarz, wygięte w agonii żelastwo. Nic nie rozumiem… Przełączam na BBC. Obrazki te same. Zamach terrorystyczny, trzy autobusy, setki rannych i zabitych. Dzwonię najpierw do biura. Nienawidzę siebie za ten „profesjonalizm”, albo strach, bo do Rodziców po prostu boję się zadzwonić. Potrzebuję „szczepionki”. W słuchawce histeryczne „Nareszcie, co się stało? Są ranni, zabici?” „Tak włącz BBC” mam ochotę odpowiedzieć. – Nic takiego, zostawiłam w sejfie komórkę, wszyscy zdrowi, od Was wiem o zamachu – myślę jak to powiem Ojcu, albo Mamie. Kto odbierze. – Jak to, włącz telewizję… - Mam włączoną. To było prawie dwieście kilometrów od nas!!!!! Byliśmy na raftingu. To jak z Warszawy do Olsztyna – tłumaczę. – Jak to, nic się nie stało? (wolę nie myśleć jak mogła by brzmieć odpowiedź) – Nie, tak możesz odpowiadać… Schodzę na dół, bo kolacja. –Zadzwońcie do domów, Wasi Bliscy to też oglądali. W Colombo był zamach bombowy, trzy zamachy. Jest dużo ofiar. Powiedzcie, że nic Wam się nie stało – swój głos słyszę jak z radia. Odpowiadam na pytania, żartuję. Wychodzę na papierosa. – Cześć Mamo – mówię kiedy tylko słyszę „halo”. Cisza jest krótka. – Co tam u Ciebie? – Dobrze. Oglądałaś TV? – Tak. - Był zamach na Sri Lance – Odpowiada mi cisza i może tylko mi się wydaje, że słyszę w niej łzy, napięcie… - Tak był dwieście kilometrów od nas. Nic nie wiedziałam, Widziałam to tylko w TV. Nic nie wiem, jesteśmy bezpieczni, nie było nas w Colombo. To daleko…. Rozmawiamy o codzienności. Jak minął dzień, mi i Rodzicom. Nie dzwonię każdego dnia. Rozmawiamy tak krótko, bo to drogo… Tęsknimy, ufamy, przecież nie kłamię, że nic nie wiedziałam. Mama to wie i wie ile to jest 200 km (wierzę, mam nadzieję!) Kilka lat wcześniej. Safari w Kenii. Gerenuki, Samburu. Staruszek, którego wieźliśmy do lekarza… Upojeni Afryką, pełni wrażeń wracamy do Nairobi. Miasto, ruch na ulicach. „Koguty” wyją niemiłosiernie. „Śmigają” karetki. – Coś się stało – pytam retorycznie. – Nie wiem – James grzebie przy radiu, mówi w suahili – Nic nie rozumiem, nie wiem – „uświadamia mnie” po angielsku. Lotnisko. Mombasa, wilgotne gorące powietrze. 60 km lamp naftowych i ciemnych zarysów palm na nieco jaśniejszym niebie. – Witaj w domu – Joseph podaje mi rękę, uśmiecha się. Tak jestem w domu. – Chris co się stało w Nairobi? – już nagadaliśmy się o tym co było jak mnie nie było. – Nic takiego chyba wybuchł gaz. Dziś lecę do Nairobi, nie nic nadzwyczajnego… Rano telefon. Jedziemy na safari – super. Pod drzwiami „Daily Nation” w celofanowej torebce. Nie patrzę na czołówki, choć zwykle gazetę przeglądam. Wrzucam do kosza. Jest ranek, trzeba się jeszcze spakować. Moja Afryka, prom w Mombasie, spieszący się ludzie, matatu, samochody i „Baobab” czyli cementownia. Koleiny, objazdy. Tsavo, urzekające, suche tym razem. Przez pozbawione liści gałęzie widzę zwierzaki. Jestem szczęśliwa. Janeta siedzi na gzymsie w restauracji. Dostaję marchewkę z groszkiem. – Wiem nie jesz mięsa – śmieje się Jo. Nachyla mi się do ucha – Głupia jesteś- tak czuję się jak w domu. Patrzę w błyszczące w świetle latarki oczy impali. Pachnie dym z ogniska. Rankiem kiedy szarość wydobywa kształty wyganiam z tarasu przed namiotem pawiany. Buyo przynosi kawę. Mijają dni. Na safari czas biegnie inaczej…. I ściskam rękę Trevora. Kati nie ma bo to poranek, ma inne zajęcia. Droga przez busz. Pożegnanie z żyrafą. Zeberki kiwają ogonami. Korek do promu. Wystawna kolacja. Z Chrisem gadamy o tym co ważne, trudne i bolesne w Afryce, o europejskich tęsknotach. Jemy homara i tiramisu. Popijamy znakomitym winem. Świt jest szary i bezlitosny. Na szczęście spakowaliśmy się wieczorem. Palmy jak zwykle swoje pióropusze puszą grafitem na jaśniejącym powoli niebie. Zawsze tak trudno powiedzieć kwaheri. Kwaheri James, kwaheri Africa. Szare lotnisko ze swoimi profesjonalnymi uśmiechami, procedurami. To trzeba przeżyć. Z nudów w hali odlotów biorę do ręki „Daily Nation”. Tylko zdjęcia i krótkie notki. Czołówka to ledwie kilka słów. Zginęli w zamachu na ambasadę amerykańską. Automatycznie rejestruję, zwykłe zdjęcia, zwykłych, szarych ludzi. Nie dyplomatów, nie polityków, ludzi… Patrzyły na mnie ciemne oczy, włosy wiły się w oskarżycielskich tyradach. Pierwsze biogramy tylko musnęłam wzrokiem, kolejne czytałam, mijały minuty…. Kenia jest tak daleko od Polski i taka egzotyczna… Nie, nie było newsów w Polsce. Ambasada amerykańska… Nie, muszę zadzwonić. W Europie będę za 9 godzin, w Polsce za 14… Natychmiast. To był 1998 rok. W Kenii nie działały komórki. Jakieś drobne. Jakiś automat. – Halo, Tata? Tak to ja. Wszystko w porządku, zaraz lecimy… Przepraszam u Was jest nad ranem, tak chciałam Cię usłyszeć. Jak Mama? Nie rozmawiamy. Wyrzucamy z siebie komunikaty. - Szukaliśmy Cię przez MSZ, nikt nic nie wiedział… Pogadamy jak wrócisz. Tak wszystko dobrze, dobrze, że jesteś… Płaczę. Nie chciałam, nie wiedziałam… W samolocie do Nairobi czytam wszystkie biogramy. Lekarka, nauczycielka, pielęgniarka, bezrobotny. Kilkadziesiąt minut, kilka kilometrów…. Nic nie wiedziałam. Nie było mnie tam. Boże jak współczuję ich rodzinom i jak… martwię się o moich To było bliżej niż z domu na Pola Mokotowskie. Nie zdążyłabym złapać zadyszki. I tylko gazeta, którą mam do dziś. Nie było mnie tam, bo od dworca autobusowego i ambasady w Nairobi dzieliło nas kilka kilometrów. A 200 km od Colombo. Czas i przestrzeń wydają wyroki. Zadyszka? Jeden krok? Przeznaczenie? Tak blisko i tak daleko. Dlatego każda chwila, każdy oddech jest ważny. Dlatego nie ma sensu histeryzowanie. Możemy (i powinniśmy!) skazać bandytów, którzy podłożyli ładunki, zestrzelili samolot. Nie powstrzymamy ich, bo to jest życie, a śmierć jest jego integralną częścią. Nam jeśli nadal oddychamy pozostaje refleksja i cieszenie się każdą chwilą. Nawet jeśli dostajemy zadyszki. W każdej sekundzie tworzymy teraźniejszość, która stanie się przeszłością za moment. I ten ułamek sekundy, ten telefon się liczy. Nawet jeśli dzieli nas kilka czy 200 km i tego nie doświadczyliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz