Po raz pierwszy opisano ją na początku XX wieku. Była rodzajem melancholii, tęsknoty, dotykającej urzędników i oficerów brytyjskich wracających z kolonii do Europy. Chcąc ją ukoić sprowadzili "curry", otaczali się kolonialnymi gadżetami, a domy jeśli budowali, to z "koronkowymi" orientalnymi akcentami. Byli nieznośnie niezależni bo europejski porządek traktowali według własnego porządku: słońca i wolności, za którą przecież ciężko zapłacili...
czwartek, 24 lipca 2014
Wyznanie wiary
To była moja pierwsza podróż do Afryki. Bałam się jej okropnie, bo… od zawsze Afrykę kochałam. W mojej głowie, „W pustyni i w puszczy”, w historiach dawnych safari i w „Pożegnaniu z Afryką”. Znałam ją tylko z literatury, ale czułam w sercu. Tym drgnieniem fascynacji, którą tak obawiamy się nazwać miłością. Była marzeniem, wyobrażeniem, była we mnie. Aż nadejść miała konfrontacja z rzeczywistością. Prawdziwą Afryką taką jaka jest a nie taką jaką sobie wyobraziłam. Znajomy pilot wycieczek opowiedział mi kiedyś dykteryjkę o pani, która z nim jeździła wielokroć w najróżniejsze zakamarki świata a zawsze chciała pojechać do Brazylii. I nigdy nie pojechała, bo bała się konfrontacji. Ja nie miałam wyjścia. Racjonalne myślenie mi odebrało, bo w sierpniu, najzimniejszym miesiącu wylądowałam w Nairobi w t-shircie i dżinsowej kurtce. Miała być Afryka, więc upały… a było plus 6 stopni… Niemal 2 tys. metrów wysokości robiło swoje. Poza dojmującym zimnem pamiętam przejazd do Karen podmiejskiej dzielnicy Nairobi. Wzdłuż drogi zieleniły się eukaliptusy. W tej sytości wody i intensywnej zieleni, kruchości, jakże podobne do naszych topoli. I tak bardzo chciałam być rozczarowana, a serce drgnęło topolowym domem i już wiedziałam, że wredne w niezależności, nieobliczalne piękno zauważające, pokochałyśmy się, takimi jakimi jesteśmy ,na zawsze. Kolonialnymi, bo jak mnie ktoś zapytał „a kto was skolonizował?” bez zająknięcia wyrecytowałam: Rosja, Austria i Niemcy – to były rozbiory, a nie kolonizacja, ale czyż to nie tak samo? Niezależnymi, bo w tym głuchym milczeniu i uciekaniem wzrokiem Afrykanów i naszym cwaniactwie – bo zawsze się da jak się chce, jest ta sama determinacja. Ta pierwsza podróż to nie było smakowanie, zapachy, przestrzeń, one po prostu się wdrukowały niezauważenie. Ta pierwsza podróż była tak bardzo tu a nie tam, we mnie… Podróż z Mężczyzną i partnerem, który dzień przed wylotem zameldował się w przychodni (prywatnej, bo reforma zdrowia już działała) pod hasłem mam gorączkę i ból gardła. –Musi Pan zrobić badania na malarię – stwierdziła świadomie pani doktor… -Ale ja dopiero tam jadę a nie wracam - rzekł mężczyzna. – Niech Pan się lepiej przebada w kierunku malarii – usłyszał… Wyjechaliśmy więc z zapasem aspiryny, bo jeszcze nie opracowaliśmy systemu pozyskiwania antybiotyków i leków przeciwgorączkowych w podróży. Owo zwykłe przeziębienie , nie leczone, bo miało być malarią, a wiadomo nie mogło być, rozwinęło się w afrykańskich warunkach znakomicie. Do Maasaj Mara Serena Lodge z najcudowniejszym widokiem Mężczyzna dojechał zielony. Termometr miałam – prawie 40 st. Choć to środek buszu telefon działał, spytałam więc w recepcji o lekarza. – No problem, just a minute – odetchnęłam z ulgą. I rzeczywiście pojawił się „in the minute”. Biały kitel wyglądał jakby przeszkadzał. Pacjent też – dotykany opuszkami palców ledwie przy badaniu. – Do you have a lighter? – chciałam podać zapalniczkę, ale w końcu znaleźliśmy latarkę. „Injection” był niezbędny. Igła w żyle, ampułka z proszkiem…. A liquid? – Potrzymaj to – przytknął mi kciuk do igły w żyle – Just a moment… Strzykawka na kocu nie jałowym…. Po chwili która mi wydawała się wiecznością – tryśnie albo nie, wróci albo nie… zastrzyk był zrobiony. Mężczyzna usnął, odleciał…. Ja poszłam do… baru. Doktor też. Zamówiłam whisky z lodem, bez się nie dało bo whisky to lód. Zamówiłam dwa razy. Wzdragał się. Tłumaczył, że to nie dla niego miejsce. Nie chciałam słuchać. – Jesteś moim gościem, on jest moim gościem oznajmiłam. I on i kelnerzy spuścili wzrok. Ja nie miałam pojęcia co zrobiłam i co się stało. To ja zdecydowałam wbrew temu co było ustalone, a oni musieli mnie słuchać, bo tak było ustalone. Gdybym miała wtedy taką świadomość zawahałabym się, ale… to była moja pierwsza podróż do Afryki… Siedzieliśmy z tymi drinkami przed sobą w niezręcznym w milczeniu. How it will be? Zapytałam. Milczał, po chwili spytał mnie o życie w Europie, a ja uparcie how it will be? Jakie życie w Europie? – myślałam. - U Was podobno jest zimno tak, że zamarza woda – zagaił. – Tak zimą. – I co wtedy robicie? Jak ogrzewacie domy? – zapytał. Ja nawet po polsku nie wiem jak działa centralne, mleko jest ze sklepu, mięso na tackach…. Tłumaczyłam coś o kotłowni, gorącej wodzie i rurach. Mało składnie chyba, choć usłyszałam _It’s nice, it’s clever. Spytałam o studia medyczne. – Its expensive out of Africa, I’ve never been. Pomyślałam o tym dożylnym zastrzyku i antymalarycznym leczeniu przed a nie po ani w trakcie. I było mi wszystko jedno. Całą sobą spytałam „panie doktorze czy on wyzdrowieje?” – Czy wierzysz w Boga? – to nie była odpowiedź. Tylko pytanie – wyzwanie, bo nie miał przecież prawa mi go zadawać. Zjeżyłam się w sobie okropnie tak po europejsku, w duchu tolerancji i prywatności sumienia i wyznania. – Czy jesteś chrześcijanką? – uznał że nie zrozumiałam, więc dopytał. Po prostu. Nie ogarnęłam, że to tak topolowo-eukaliptusowo, w bezkresnej przestrzeni Afryki, pierwotności, która jest sensem i prawdą, ale po prostu i automatycznie, bo tak właśnie wierzę i jestem chrześcijanką, bez didaskaliów w sprawie kościoła, odpowiedziałam po prostu i automatycznie – Yes – było mi wszystko jedno, byle wyzdrowiał. Rozjaśnił się w uśmiechu. – No widzisz jak Bóg tak chce to wyzdrowieje. Ja już zrobiłem swoje i nic tu po mnie. Nie wiem… Odsunął pustą szklankę i odszedł. Siedziałam nad kostkami lodu tylko przez chwilę. Okropnie zła, bo „nie dostałam odpowiedzi”. W końcu z tej złości polazłam zwiedzać obóz. Kierowcy grali w siatkówkę, a ja nie ogarniam meczy. Brama, symboliczna, bez zasieków i szlabanów nie zrobiła na mnie wrażenia. Szłam pylistą czerwoną drogą Maasai Mary. Mijały mnie obojętnie jeepy z turystami. Prosta dróżka znudziła mnie okropnie. Wróciłam. Mężczyzna spał i ja poszłam spać…. Nazajutrz na ścieżce, którą szłam tuż obok obozu kierowca pokazał mi świeże ślady lwów. Nieopodal koczowała lwica z lwiątkami. Mężczyzna jak młody bóg po zastrzyku skrupulatnie je filmował. Moje ślady zatarł kurz wieczora i poranka. Ale tam były… dowód głupoty, dowód Kanta ten ostatni… Poranek wstał bez zastrzyków, centralnego ogrzewania i lęku. Nowy, świeży, bez przeszłości. Trwał chwilą rozgrzanego powietrza, cykania owadów i ptaków. Bez wczoraj, choć ono było, mienił się dziś i jutrem. Moim wyznaniem wiary. Oburzyłabym się sto razy i tak bym go nie wypowiedziała. To nie był koniec choroby Mężczyzny. To była moja, nieświadoma rozmowa z Bogiem przez Afrykę, którą odkryłam w sobie i to nie było Jej ostatnie słowo. Wtedy byłam tam pierwszy raz….
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz