Po raz pierwszy opisano ją na początku XX wieku. Była rodzajem melancholii, tęsknoty, dotykającej urzędników i oficerów brytyjskich wracających z kolonii do Europy. Chcąc ją ukoić sprowadzili "curry", otaczali się kolonialnymi gadżetami, a domy jeśli budowali, to z "koronkowymi" orientalnymi akcentami. Byli nieznośnie niezależni bo europejski porządek traktowali według własnego porządku: słońca i wolności, za którą przecież ciężko zapłacili...
sobota, 26 lipca 2014
Będzie taki dzień
Safari jest podróżowaniem – od msafiri, suahilijskiego słowa oznaczającego podróż. Tylko nikt o tym nie pamięta, bo safari uczyniliśmy polowaniem. Zdobywaniem współzawodnictwem, walką o trofeum. I dlatego różny jest cel. W polowaniu to na skróty Wielka Piątka – lew, lampart, nosorożec, bawół, słoń. To lista ustalona przez myśliwych – najbardziej niebezpiecznych i najtrudniejszych do ustrzelenia afrykańskich zwierząt. Tak się składa, że w czasach fotosafari i nieustannego zaboru przez człowieka zwierzęcych terytoriów to także lista zwierzaków, których trzeba po prostu poszukać, żeby je zobaczyć. I oczywiście we mnie też obudziła się żyłka zdobywcy. Pierwszym „terenem łowieckim” był park narodowy Nakuru. Jeden z mniejszych w Kenii i… jeden z nielicznych ogrodzonych. Nakuru to jedno z jezior Wielkiego Rowu Tektonicznego, między którymi wędrują flamingi. Nakuru to też miasto jedno z największych w Kenii, tak blisko jeziora, że park ogrodzono, żeby zwierzaki nie składały odwiedzin w ludzkim królestwie. W parku Nakuru mieszkają w zasadzie wszystkie afrykańskie zwierzaki poza słoniami, bo dla nich obszar parku jest po prostu za mały. Bawoła „upolowaliśmy" tuż przy bramie. Trzy stare samce leniwie wylegiwały się na trawie. Z perspektywy samochodu wyglądały niewinnie i ciapowato. Nie przypominały nieustępliwych wojowników, którzy myśliwego potrafią tropić kilometrami, by rozszarpać go rogami i później stratować bezwładne ciało. Bawołowi można podpaść tylko raz, a później już do końca dni swoich albo myśliwego tropi wroga. Pamięć ma bowiem znakomitą i mściwy jest okrutnie. Te trzy nie wyglądały na takie potwory. Na nozdrzach jednego usiadł sobie ptaszek. A wszystko wokół było odrealnione jak we śnie, albo „Parku jurajskim”. Setki ptaków, zeberki, antylopy, przelatujące nisko pterodaktyle-pelikany. Łyse, brzydkie marabuty. Różowa „koronka” gigantycznych stad flamingów u brzegu jeziora. Lądujących jak hydroplany kiedy ich klucz łączył się z błękitną taflą wody. Zapach ziemi i zwierząt. Upajająca przestrzeń. Jeździliśmy wśród lasu szukając lamparta i lwa. Wydłużały się cienie, ziemia barwiła pomarańczowymi refleksami zmierzającego ku linii wzgórz słońca. Kiedy świat poszarzał James – nasz kierowca, przewodnik i w końcu przyjaciel zdecydował, że wracamy. Bez lwa i lamparta, ale jutro też jest dzień. Leżał sobie na trawiastej równinie. Ciemna grzywa ledwie odcinała się od brunatnej o tej porze dnia trawy. Skóra poznaczona bliznami, śladami po ukąszeniach moskitów, sztywno opinała twarde mięśnie. Drzemał. Lwy drzemią 20 godzin na dobę, więc to nic dziwnego. Miękko zginając potężną łapę gestem kociaka odgonił natrętną muchę. Na chwilę podniósł łeb. Nasz samochód i nas miał dokładnie w nosie. Zdjęcia oczywiście nie wyszły. Za ciemno, choć tak blisko. Ale to był mój pierwszy lew. James nie krył radości. „Afryka Cię polubiła” – powiedział. - Już pierwszego dnia masz swojego lwa.
Słonia spotkaliśmy w Maasai Mara. Tam też były całe lwie rodziny. Pierwsze lwie polowanie i śmierć antylopy. Krokodyle czyhające na przekraczające rzekę Mara gnu i zebry. Były dik-diki – antylopki wielkości królika, szakale, hijeny, nawet jakże rzadkie likaony. Tylko lamparta nie było. Szukaliśmy go wśród drzew, bo tam lamaparta leżakującego na gałęzi spotkać najłatwiej. Nie było… Nie było go też w Tsavo. I choć gepardy z czarnymi śladami łez i całkiem innymi centkami są coraz rzadsze nie cieszyły, bo nie mogły go zastąpić. Lampart – inteligentny, przebiegły majestatyczny. Przed tym wyjazdem do Kenii śp. Piotrek Pronobis opowiadał jak na swoim pierwszym króciutkim safari w Marze został uwięziony przez lamparta. Samochód utknął w błocie a nieopodal na drzewie siedział lampart. Kierowca nie zdecydował się wyjść. Wezwał posiłki ale… nikt lamparta nie straszył, bo nie wolno, a poza tym to jego świat, w którym ludzie są gośćmi. I tak wszyscy czekali aż zwierzak poszedł sobie polować, albo wędrować. Godzin kilka. W tym odrealnionym świecie jak z kadrów National Geographic brak lamparta był jeszcze bardziej dojmujący. Przecież powinien tam być!!! Nie cieszyły już stada gnu, ani pozujące wdzięcznie zeberki, igrające lwiątka i majestatycznie wędrujące słonie. I tak z Afryki wyjeżdżałam tłumacząc sobie, że brak lamparta to znakomity powód, żeby do niej wrócić. Mijały lata. Na lotnisku w Nairobi James witał mnie niezmiennym „Jumbo – witaj w domu”. Miałam swoje knajpy, swoich przyjaciół. Z Jamesem jeździliśmy po coraz mniej uczęszczanych szlakach i najróżniejszych zakamarkach afrykańskiego świata. Z czasem przestaliśmy szukać lamparta. Wracał (jego brak) czasem półżartem, czasem rozczarowaniem. Poznałam afrykańskie żuki czyli Małą Wielką Piątkę. Na najpiękniejszym safari w Tsavo z Mike’m przez dwie godziny siedzieliśmy w stojącym samochodzie popijając szampana i oglądając wyczyny surykatek. Z uroczym studentem z Brighton zakładaliśmy uśpionym lwom obroże z radionadajnikami w ramach światowego programu badania wędrówek afrykańskich drapieżników. Pokochałam Ją, jej zapach, przestrzeń oddychającą miarowo w słońcu, magiczny deszcz malujący zielenią busz, rany – umarłych drzew w Amboseli i czarne blizny po pożarach w Tsavo. Cieszyłam się na każde spotkanie. Coraz mniej Ją znałam i coraz mniej potrafiłam o Niej opowiedzieć. Gadałyśmy za to nieustannie w ciszy czerwonych dróg, o życiu, śmierci, trwaniu i przemijaniu, ciągłości pokoleń, tym co pierwotnie wrażliwe pod maską nieobecnej obojętności, o miłości.
Kiedyś wracaliśmy z Maasai Mara. Od naszego pierwszego spotkania minęło bodaj osiem lat. Był środek upalnego dnia. Droga na płaskowyżu wśród traw sawanny. Siedział dokładnie na środku drogi. Jak pies na podkulonych łapach. Piękny, majestatyczny. Czarno-rude rozetki rzucały miedziane refleksy. Lampart. Patrzył prosto na nas. James przyhamował zdumiony. Staliśmy w milczeniu. Lamparta nie powinno tam żadną miarą być. W ciągu dnia leżakują przecież ukryte w cieniu koron drzew. Nie przychodzi im do głowy by narażać się na palące promienie i to jeszcze w niewygodnej pozycji. Lamparty są inteligentnymi hedonistami. W końcu podniósł się i tym niepowtarzalnym wężowym miękkim krokiem powędrował wśród traw. Jeszcze przez chwilę widziałam ich drgające wierzchołki w miejscu gdzie był. Staliśmy tak póki trawy nie umilkły i nie poddały się tańcowi sawanny. James długo o tym rozprawiał. Kiedy żartował, że „to duch” w jego oczach dostrzegłam cień. – Afryka Cię lubi – rozpogodził się. To był mój lampart. I czekał na mnie. Zrozumiałam, że to prezent, bo ona je rozdaje sprawiedliwie i mądrze. Dostałam ich tak wiele wcześniej. Tak wiele chwil, doznań, mądrości. I już wiem, że będzie taki dzień….
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz