piątek, 13 czerwca 2014

Dwa światy

Był rok bodaj 2003. Jeszcze przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Po Katalonii podróżowaliśmy śladami Salvadora Dali. Gloria jak jego dzieła, też wydawała się surrealistyczna. W straszliwie zdartych „po pilocku” butach. W zazwyczaj czarnych zwiewnych ciuchach. Gloria, kiedyś hipiska, teraz „stateczna” pani przewodnik o ogromnej wiedzy i z lekka nonszalanckim podejściem do świata. Dotarłyśmy do Tossa de Mar, uroczego średniowiecznego miasteczka nad brzegiem morza. Zamek, sklepiki z pamiątkami, w końcu przyszedł czas na panoramy z plaży. Siedziałyśmy więc na murku i gadałyśmy. Akurat zaczęła się wojna w Iraku, pytałam o to czego nie zrozumiałam z newsów o poranku. Zdjęcia operatorów stawiających na podłodze kamery i dziennikarzy, którzy niczego nie relacjonowali. Protestowali przeciwko udziałowi Hiszpanii w tej wojnie, która przyniosła już pierwsze ofiary – zginął operator jednej z hiszpańskich telewizji. Protest dziennikarzy, operatorów, dźwiękowców, był cichy i dotkliwy - postanowili nie relacjonować konferencji prasowej premiera. Po prostu postawili na ziemi kamery i tylko ten moment sfilmowali. Odebrali premierowi głos. Na krótko, na jedną konferencję, ale dla mnie był to wstrząsający symboliczny gest. W Polsce byłoby to niemożliwe, żeby tak dogadały się wszystkie środowiska dziennikarskie. Ktoś by się wyłamał, i tak przecież by zrobił newsa jako jedyny…. Gloria indagowana jak to możliwe zaczęła opowiadać o… wyobcowaniu. O dwóch światach polityki i zwykłych ludzi, o tym, że nie ufa już żadnej ze stron. Nie, nie pogubiła się po prostu żyje w innym świecie, a w tym polityczno-oficjalnym nie chce uczestniczyć. – Tak samo czują ci dziennikarze – tłumaczyła – Bo ci którzy nami rządzą nas nie rozumieją, a my ich nie rozumiemy. To tak jak dwa różne plemiona. – dodała. Pomyślałam, że to banalne, bo każda władza jest wyobcowana. Przypomniałam sobie jak pewnego dnia na początku lat 90-tych wyszłam z Sejmu. Było popołudnie. Pachniały spaliny i jakieś krzewy. Poczułam ciepło słońca. Wokół mnie przechodzili ludzie. Jakaś mama z wózkiem, ktoś z teczką inny z siatką. Ludzie, tłok na placu Trzech Krzyży. Każdy miał swoje sprawy, kłopoty i radości. Wtedy pierwszy raz poczułam tę nierealność – chłodu sejmowych sal, w których nie ma tłoku i codzienności, bo ona toczy się gdzie indziej. To był szok termiczno – doznaniowy. Wierzyłam, że słowami można poprawić świat i… nadal wierzę. Ale wtedy, w tych Glorii „wyjaśnieniach” poczułam ten sam smutek – dwóch światów i bezradność. Pogadałyśmy chwilę o Unii Europejskiej o polskich aspiracjach i nadziejach, o hiszpańskich rozczarowaniach. Minęło 11 lat. Smutek, bezradność i złość mają wymiar statystycznego słupka - niemal trzech czwartych Polaków, którzy nie wzięli udziału w eurowyborach. Starsi w milczącym proteście - jak odstawienie kamer na ziemię, młodsi głośno – głosując na ugrupowanie kabaretowo wyraziście negujące polityczne elity i ich system wartości. Była chwila lamentu, ale minęło zaledwie kilka tygodni a i igrzyska znów się zaczęły…. Tylko jedno jest zdumiewające w sprawie immunitetu posła Mariusza Kamińskiego. Dokumenty przysłane przez prokuratora generalnego, które w istocie były podstawą debaty Sejmu w sprawie uchylenia tegoż immunitetu przeczytało… 9 posłów. Dla ułatwienia w komisji regulaminowej i spraw poselskich zasiada posłów 17. Właśnie ta komisja rozpatruje merytorycznie wniosek i rekomenduje lub nie Sejmowi jego przyjęcie. To właśnie zasiadający w niej posłowie powinni swoim klubom przedstawiać rekomendacje i …. być ekspertami w danej sprawie. Krótko mówiąc powinni być odpowiedzialni. Założenie, że wszyscy posłowie przed każdą debatą przeczytają wszystkie projekty i dokumenty jest nierealne. Ktoś kto zna się na rolnictwie nie musi znać się na kulturze albo kodeksie karnym. „Przemiał” parlamentarny jest taki, że nikt przy zdrowych zmysłach wszystkiego nie przeczyta – ale od każdego zagadnienia powinni być posłowie-eksperci zasiadający w komisjach. Posłowie MERYTORYCZNI. Ta sprawa była nietypowa. Wszystkie dokumenty włącznie z samym wnioskiem prokuratora generalnego i jego uzasadnieniem były tajne. Rzecz dotyczyła bowiem działania tajnych służb i kuchni pracy operacyjnej. Dlatego posłowie nie dostali dokumentów do skrzynek, tylko musieli podreptać do tajnej kancelarii. Odfajkować się na liście i… tak został ślad kto przeczytał a kto nie. Takie niespodziewane „sprawdzam” jak w pokerze. Poza Marszałek Sejmu i samym zainteresowanym przeczytało dokumenty 8 posłów. Z tego 6 przyszło na obrady i głosowanie. Dokumentów nie był uprzejmy przeczytać nawet poseł sprawozdawca – Tomasz Sajak z Twojego Ruchu, choć to on miał wtajemniczyć posłów na tajnym już posiedzeniu w zawiłości tej sprawy. Wniosek miał 400 stron. Spora książka. Stefan Niesiołowski twierdzi, że czytanie ze zrozumieniem zajęło mu 2 godziny. Poza nim przeczytało wniosek 4 posłów PO: Jerzy Budnik, Tomasz Głogowski, Bożena Sławiak i Grzegorz Raniewicz, jeden Twojego Ruchu - Maciej Mroczek i dwaj posłowie PiS Andrzej Duda - jako pełnomocnik prawny Mariusza Kamińskiego i Kazimierz Michał Ujazdowski. Nazwiska podaję celowo, bo o ludziach odpowiedzialnych za to co robią warto pamiętać. Jednak warto też pamiętać o pozostałych 450 posłach, którzy wniosku nie przeczytali i klubach SLD i PSL (mają swoich reprezentantów w komisji regulaminowej), oraz Solidarnej Polsce (obecnie koło a nie Klub), których reprezentantów wśród czytających dokumenty nie było. Stawiam dolary przeciwko kasztanom, że obecni „nieczytaci posłowie” znajdą się na wysokich miejscach na listach wyborczych i arytmetyka ordynacji zdecyduje, że ponownie mandat otrzymają. Pal diabli werdykt Sejmu w sprawie immunitetu Mariusza Kamińskiego, choć zdrowiej by było gdyby poseł i były szef CBA mógł przed sądem, a nie kolegami także chronionymi immunitetem, obronić się własną niewinnością. Tak byłoby honorowo. Pal diabli system prawny i prokuraturę, która przez kolejne ekipy jak za komusznych czasów traktowana jest per noga. Rozbroił mnie poseł Waszczykowski – ex wiceminister spraw zagranicznych, który z racji pełnionego stanowiska miał przecież do czynienia z tajemnicami rangi znacznie większej, w sensie stabilności państwa, niż domy/buty Jolanty Kwaśniewskiej w rozmiarach europejskich czy też amerykańskich. Otóż Pan poseł-dyplomata publicznie w telewizyjnym studio tłumaczył, że „nie przeczytał, ale został zbriefowany” przez kolegów którzy przeczytali. Dwóch – na 146 posłów PiS! To był raczej dłuuuuuugi briefing z kwestią przepisów dotyczących tajemnicy służbowej i państwowej w tle. Ten kto z tajemnicą się zapoznał nie ma prawa jej objaśniać nawet tym, którzy teoretycznie także dostęp do niej mieć powinni. To taki myk, że każdy sam sobie musi przeczytać i na liście odfajkować. Włos się jeży na głowie jeśli breefingowe traktowanie tajemnic było a może nadal jest rutyną MSZ. Nie na plaży w Tossa ale pod lipami, które w Warszawie za wcześnie zakwitły czuję tę samą bezradność i wyobcowanie. To po prostu lipa. Za parę miesięcy wszyscy zapomną i będą odwoływać się do sumień i umysłów elektoratu by był odpowiedzialny i podszedł głosować. A ja wtedy… nie przeczytam. A chętnym do zbreefowania powiem „sprawdzam”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz