Tort wiadomo sprawa przyjemna, a rzucanie tortami –
gag znany z hollywoodzkich komedii. Tort na prawdziwej sali sądowej lądujący na
głowie prawdziwego sędziego – reprezentanta trzeciej władzy będącej ostoją
prawa i majestatu Rzeczpospolitej, śmieszny już nie jest. Ale jakże prawdziwie
pokazuje, że granice autorytetu Rzeczpospolitej są tak wątłe, że nie sposób na
nich się oprzeć.
Ten odcinek Pitawalu miał być poświęcony dalszemu
ciągowi afery związanej z mafią paliwową. Aresztom wydobywczym, podsłuchom,
próbom zamieszania w zwykłe przestępstwa najważniejszych osób w państwie.
Jednak tort, którym obrzucona została sędzia rozpatrująca ewentualne
zawieszenie postępowania przeciwko gen. Czesławowi Kiszczakowi, w sprawie o przyczynienie
się do śmierci dziewięciu górników kopalni Wujek, w grudniu 1981 r. sprawiło,
że przypomnieć warto sprawę innego sędziego. Igora Tuleyi, o którym głośno było
na początku tego roku kiedy wydał wyrok w sprawie doktora Mirosława G. – jednej
z najgłośniejszych i najbardziej bulwersujących spraw IV RP. Otóż Zygmunt M.,
którego kamery na Sali sądowej uwieczniły jak w sędzię tortem rzuca twierdzi,
że nie ma żadnego dowodu, że to on – Skoro górnicy się sami wystrzelali, to
tort sam się rzucił – przekonuje. Co łączy obie sprawy. Otóż sędzia Igor Tuleya
popełnił równie „niestosowny” czyn jak pani sędzia – wykonywał swoją pracę. Nie
spodobało się to publiczności, więc usłużni dziennikarze wyciągnęli iż jego
matka „pracowała w MO i SB”, sympatyczni współobywatele zaś zaczęli szykanować
rodzinę sędziego… Sędzia Tuleya się nie
ugiął, o ochronę nie wystąpił. Barbara Piwnik, także sędzia i była minister
sprawiedliwości tak wówczas tak komentowała sprawę gróźb: „Do tej pory
nie mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją. Takie sygnały
nie mogą być lekceważone. To nie sędzia Tuleya powinien wnioskować
o ochronę. Sąd powinien działać, nie można czekać aż obywatelowi
wydarzy się krzywda”. I nie tylko o
krzywdę obywatela chodzi ale też o niezbędny
do tego by sędzia mógł wypełniać swoją pracę autorytet sądu. Tymczasem
dowodów na eskalowanie niechęci i agresji wobec sędziów jest coraz więcej. Nie sposób nie zgodzić się z Barbarą Piwnik
kiedy po wydarzeniach z tortem w tle mówiła że „należy jak najszybciej
rozpocząć dyskusję nad tym, co wolno obywatelowi, kiedy ma do czynienia z
trzecią władzą”.
Co wolno sędziemu
Nieznany szerzej rzecznik warszawskiego sądu okręgowego do
„publicznego obiegu” wszedł tak naprawdę dzięki jednemu zdaniu. W ustnym
uzasadnieniu wyroku skazującego doktora Mirosława G. na rok więzienia w
zawieszeniu na 2 lata i 72 tys. zł grzywny za przyjęcie od pacjentów 17,5 tys.
zł. łapówek sędzia Tuleja stwierdził: „nocne przesłuchania, zatrzymania -
taktyka organów ścigania w tej sprawie może budzić przerażenie. (...) Budzi
to skojarzenia nawet nie z latami 80., ale z metodami z lat 40. i 50. - czasów
największego stalinizmu.” Ta recenzja działań CBA, prokuratury i policji
wywołały gigantyczną burzę. Nie dyskutowano o wyroku, winie i skazaniu, na
marginesie pozostała istota tej sprawy czyli sposób wyrażania wdzięczności lekarzowi i
dopuszczalnych granicach w tym zakresie. Nawet kwestia trudnego charakteru
doktora G., choć poniekąd tego też dotyczyła sprawa zmaterializowana w zarzucie
dotyczącym mobbingu nie przebiła się do „mainstreamu”. Choć właśnie te aspekty sprawy
doktora G. są naprawdę ważne bo dotykają kwestii wyborów w życiu każdego z nas
i ich oceny w świetle prawa. Wszyscy mówili tylko o „stalinowskich metodach”
. Sędzia Tuleya został odsądzony od czci
i wiary. Mariusz Kamiński i Zbigniew
Ziobro złożyli wniosek o wszczęcie przeciwko niemu postępowania dyscyplinarnego
uznali bowiem iż „naruszył powagę zawodu
i podważył zaufanie do wymiaru sprawiedliwości”. Panowie skupili się na „stalinowskich
metodach” a dyskretnie przemilczeli , że sędzia oceniając ich osobiste
działania stwierdził: „osoby piastujące najwyższe stanowiska w państwie stawiały
zarzuty nie znając materiału dowodowego” oraz, że „polityki karnej państwa nie
można postawić ponad prawami i wolnościami obywateli”. Umknął też uwadze fakt, że przy okazji sprawy
doktora G. wyszło na jaw, że politycy niemal wszystkich opcji w szpitalu MSWiA
w Warszawie załatwiali swoim bliskim leczenie poza kolejką i na preferencyjnych
warunkach. Nie zainteresowało to ani CBA ani prokuratorów, którzy w sprawie
doktora G. wykazywali się wyjątkową „pracowitością”. Rzecznik dyscyplinarny
oburzenia Zbigniewa Ziobro i Mariusza Kamińskiego nie podzielił. Uznał, że
wypowiedzi sędziego Tuleyi nie naruszają prawa ani nie uchybiają godności
sędziego – odmówił wszczęcia postępowania.
Szkodliwe
dziwactwa
Sędzia Tuleya w ustnym uzasadnieniu mówił, że „dziwactwa”
przy prowadzeniu śledztwa nie mogą przekreślać wszystkich jego ustaleń. Dlatego
wydał wyrok skazujący. Tradycją Pitawalu jest analizowanie postępowania
prokuratorów, którzy reprezentując Urząd Prokuratorski powinni stać na straży
prawa. Ta sprawa także pod tym względem jest nietypowa. W roli oskarżycieli
publicznie nie przed sądem wystąpili szef CBA i minister sprawiedliwości .
Występujący przed sądem prokurator Przemysław Nowak mówił zaś tak: „Zanim w
sądzie złożono akt oskarżenia ferowano w niej wyroki, robili to politycy,
media, opinia publiczna. To prokurator apelował, by tę sprawę, która stałą się
„medialnym widowiskiem” oceniać „na
chłodno i bez emocji”.
Widowisko zaczęło się w lutym 2007 roku jak u Hitchcocka –
od trzęsienia ziemi, a później napięcie już tylko rosło. Doktor Mirosław G.
jest znanym kardiochirurgiem o niekwestionowanych dokonaniach zawodowych –
zarówno w kardiochirurgii jak transplantologii. Po prof. Zbigniewie Relidze
objął stanowisko szefa kliniki kardiochirurgii w warszawskim szpitalu MSWiA. 14
lutego o poranku funkcjonariusze CBA wyprowadzili go ze szpitala w kajdankach,
na oczach pacjentów. Akcję mogli zobaczyć wszyscy, w najdalszych zakątkach
Polski gdyż materiał filmowy z wydarzenia natychmiast został przekazany dziennikarzom.
Produkcja filmowa w tej sprawie kwitła. Powstało ponad 500 godzin nagrań
mających być dowodami korupcji lekarza. Były zdjęcia gotówki (niby z łapówek)
znalezionej u doktora i w domu jego rodziców, z którymi od lat nie
mieszka, butelek alkoholu i innych
„dowodów winy”. Przed sądem wyszło na jaw, że…. montaż czyni cuda, gdyż
sytuacje pokazane w tych „utworach” w istocie wyglądały zupełnie inaczej.
Reżyser chciał zbudować napięcie, tyle, że pomylił gatunki – to nie była fabuła
tylko news.
No i jeszcze komentarz, który w zamierzeniu autorów chyba
miał być informacją…. Szef CBA Mariusz Kamiński mówił: „Okazało się, że doktor
Mirosław G. jest bezwzględnym, cynicznym łapówkarzem. Zebrane w tej sprawie
dowody mogą też świadczyć o tym, że mogło dojść do zabójstwa. Minister Zbigniew
Ziobro wtórował „Nikt już nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. W
tym czasie funkcjonariusze ciężko pracowali, by słowa szefów zyskały stosowny
wymiar. Taśmowe przesłuchania trwające do późnej nocy, coraz to nowi
świadkowie. Ci którzy nie chcieli zeznawać przeciwko doktorowi sami otrzymywali
zarzuty wręczenia łapówek. Inni ochoczo mówili o wyrzeczeniach ponoszonych po
to by doktor leczył ich bliskich. Weryfikacja tych hurtowych zeznań przez
biegłych była bezlitosna. Okazało się, że niektórzy świadkowie cierpią na
zaburzenia psychiczne i konfabulują. Ale to nie przeszkodziło w sformułowaniu
zarzutów na podstawie ich słów. Później przyszła pora na przesłuchania
personelu. Te oficjalne i… nieco mniej. Do akcji włączył się bowiem tzw. „Duży
agent Tomek”, który dzięki bardzo bliskiej zażyłości z jedną z pielęgniarek
zdobywał coraz to nowe i dowody. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że to
doktorowi G. zarzucano iż miał wykorzystywać seksualnie córkę jednej z
pacjentek, w zamian za leczenie matki. Ten zarzut z czasem upadł podobnie jak
inne. Nim to się jednak stało minister Zbigniew Ziobro nie krył radości, że „sprawa dotarła do
funkcjonariuszy CBA dzięki inicjatywie środowiska medycznego”.
Początkowo prokuratura przedstawiła doktorowi 3 zarzuty –
zabójstwa pacjenta, korupcji i znęcania się psychicznego i fizycznego nad
personelem.
(śródtytuł) W oparach absurdu
Mirosław G. w areszcie spędził trzy miesiące. W tym czasie
„sprawa doktora G.” zaczęła nabierać nieoczekiwanego wymiaru. Lekarze nie
kryli, że prokuratorskie zarzuty są absurdalne. – Gdyby przyjąć te kryteria,
które przyjmuje prokurator, to ja popełniłem wiele „morderstw”, bo operowałem
chorych, którzy nie mieli szans przeżycia kilku dni i niektórzy z nich zmarli –
mówił prof. Antoni Dziadkowiak z krakowskiej kliniki kardiochirurgii, którego
wychowankiem był Mirosław G. Oburzenia nie krył też prof. Zbigniew Religa.
Wprawdzie plotkowano, że ma za złe doktorowi G., że to on a nie syn profesora
objął klinikę kardiochirurgii w szpitalu MSWiA, ale w sprawie zarzutów wobec
Mirosława G. nie miał wątpliwości „dranie i świnie są w każdym środowisku –
niestety także lekarzy – komentował ówczesny minister zdrowia. Naczelna Rada
Lekarska w liście otwartym skierowanym do Sejmu Senatu , państwowych instytucji
i mediów apelowała o „przeciwdziałanie degradacji polskiej transplantologii”,
wokół, której wytworzono atmosferę działania poza prawem, na szkodę
potencjalnych dawców narządów. Stawało się jasne, że spektakl reżyserowany
przez ministra sprawiedliwości i szefa CBA przynosi coraz więcej szkód. Tym
bardziej, że dowody coraz bardziej „wietrzały”. Sąd, który miał zdecydować o
przedłużeniu aresztu dla lekarza uznał, że „nie zachodzi prawdopodobieństwo by
dr Garlicki kogokolwiek zabił”. Tę opinię podzielił też sąd apelacyjny. Kiedy
zapadłą decyzja, że lekarz może opuścić areszt po wpłaceniu kaucji 350 tys. zł.
głos zabrał sam Jarosław Kaczyński grzmiąc: „Osoby, które stają w obronie
kardiochirurga Mirosława G. w rzeczywistości bronią elit i grup interesów”.
Jakich elit i grup interesów, czy pacjentów oczekujących na transplantację?
Tego szef PiS nie powiedział. Kilka tygodni później na jaw wyszło, że
funkcjonariusze CBA nadali sprawie doktora G. kryptonim Mengele… Tym razem
wybuchł prawdziwy skandal.
Doktor Mirosław G. wygrywa kolejne sprawy zarówno przed
sądami – ze Zbigniewem Ziobrą, którego pozwał o odszkodowanie za naruszenie
dóbr osobistych, czy z dziennikiem „Fakt”. Europejski Trybunał Praw Człowieka w
Strasburgu uznał, że orzeczenie o
aresztowaniu Mirosława G. prokuratura wydała naruszając Europejską Konwencję
Praw Człowieka i podzielił pogląd lekarza o poniżającym traktowaniu podczas
zatrzymania. Za te „dziwactwa” zapłacimy wszyscy, bowiem Trybunał orzekł, że
Państwo Polskie w ramach odszkodowania ma zapłacić Mirosławowi G. 8 tys. euro.
To nie jedyne koszty. Prokuratura wycofała się z zarzutów zabójstwa wobec
lekarza po kosztownych ekspertyzach m.in. sporządzonej przez niemieckiego
profesora kardiochirurgii Rolanda Hetzera.
Upadł też zarzut lobbingu pracowników. Szkoda, że nie
wywołał dyskusji dotyczącej wymagań wobec współpracowników i dyscyplinie pracy.
Jedynie część zarzutów korupcyjnych obroniła się przed sądem. Sędzia Igor
Tuleya zgłosił prokuraturze zastrzeżenia dotyczące sposobu prowadzenia
śledztwa. Warszawska prokuratura okręgowa uznała, że „nocne przesłuchania nie
były konieczne, lecz…. prawnie dopuszczalne”, jednak wyjaśnieniem do końca tej
historii zajmie się prokuratura w Ostrołęce. Nieprawidłowości mają wyjaśnić
także postępowania w CBA. Tymczasem tę burzę rozpętali politycy. I… jak w
starej piosence „wkrótce znów wybory….”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz